Wyjechała do Wielkiej Brytanii bez znajomości języka, wsparcia i planu B. Zaczynała od pracy fizycznej, dziś od ponad dekady prowadzi własny biznes i wspiera inne kobiety w budowaniu niezależności. Jej historia to opowieść o determinacji, przełamywaniu wewnętrznych barier i sile relacji, które potrafią zmienić wszystko.
Co skłoniło Cię do wyjazdu do Wielkiej Brytanii w 2005 roku i jak wspominasz swoje pierwsze miesiące na emigracji – bez znajomości języka i zaplecza?
Do wyjazdu do Wielkiej Brytanii skłoniło mnie kilka rzeczy. Z jednej strony była to bardzo prosta, życiowa motywacja – chciałam zarobić pieniądze. Z drugiej, chciałam nauczyć się języka angielskiego, bo wyjeżdżałam bez jego znajomości. W szkole uczyłam się niemieckiego, więc angielski nie był moim językiem i wiedziałam, że jeśli chcę otworzyć sobie nowe możliwości, muszę nauczyć się go w praktyce, w codziennym życiu.
Do Wielkiej Brytanii przyjechałam bez znajomości języka, bez zaplecza, bez rodziny i bez znajomych. Pierwsze lata to praca fizyczna przez agencje, mieszkanie w dzielonym domu i nauka języka w college’u po nocnych zmianach. Później przez kilka lat pracowałam w brytyjskiej firmie w biurze, gdzie zdobywałam doświadczenie w zarządzaniu, systemach, pracy z klientami i producentami.
Momentem przełomowym było rozstanie z partnerem. Wtedy zdecydowałam, że muszę zrobić coś, co pozwoli mi utrzymać się samodzielnie na określonym poziomie. Zapożyczyłam się i kupiłam pierwszy sklep – polski sklep – mimo że wiele osób mówiło mi, że to zbyt duże ryzyko. Pracowałam równolegle w biurze i w sklepie, budując biznes od podstaw. Dziś prowadzę działalność w Wielkiej Brytanii od ponad trzynastu lat. Największą wartością w moim biznesie są relacje – zawsze budowałam go w oparciu o ludzi, zaufanie i współodpowiedzialność.
Moja droga nie była prosta – doświadczyłam przemęczenia, kryzysów przedsiębiorcy, a także osobistej straty, która zmieniła moje podejście do życia i pracy. To był moment intensywnej pracy nad sobą: rozwój osobisty, mentoring, współpraca z psychologiem, zmiana przekonań i budowanie odporności mentalnej.
Dziś oprócz prowadzenia biznesu jestem w trakcie Akademii Mentora u Anny Ewy Suskiej i przygotowuję się do międzynarodowej akredytacji. Chcę wspierać osoby – szczególnie kobiety – które stoją na początku swojej drogi lub czują, że utknęły, w budowaniu odwagi, sprawczości i niezależności. Współorganizuję również spotkania Polonii w Swansea, tworząc przestrzeń dla rozwoju i networkingu.
Moją filozofią jest: „Bój się i rób” oraz „Strach ma wielkie oczy, ale ręce zrobią”. Wierzę, że zmiana zaczyna się od nas samych – kiedy kobieta zmienia siebie, zmienia się całe jej otoczenie.
Była też we mnie silna potrzeba wyrwania się – zmiany środowiska i sprawdzenia siebie w zupełnie nowych warunkach. Ten wyjazd stał się dla mnie prawdziwą szkołą życia – doświadczeniem dorosłości, odpowiedzialności i stawania na własnych nogach. Jednocześnie chciałam wesprzeć finansowo moich rodziców.
Pierwsze miesiące wspominam bardzo różnie. Na pewno nie były to kolorowe doświadczenia. To było ogromne zderzenie z rzeczywistością, która zupełnie odbiegała od tego, co sobie wyobrażałam. Trzeba pamiętać, że był to czas tuż po otwarciu granic, kiedy dla wielu z nas wyjazd do Wielkiej Brytanii był czymś nowym. Nie podróżowało się wtedy tak swobodnie jak dziś. Obraz Wielkiej Brytanii mieliśmy głównie z filmów i wyobrażeń.
Trafiłam do Blackburn, w okolice Manchesteru – miejsca bardzo industrialnego, z dużą liczbą fabryk i ludzi różnych narodowości. To było moje pierwsze tak silne zetknięcie z prawdziwym światem wielokulturowym.
Trudne było również to, że osoby, do których przyjechałam, były dla mnie wcześniej obce. Liczyłam na większe wsparcie i życzliwość, a rzeczywistość okazała się inna. Zdarzało się, że byłam niemile traktowana, obgadywana i wyśmiewana. Dla młodej osoby w obcym kraju było to bardzo bolesne doświadczenie.
Z drugiej strony właśnie wtedy poznałam ludzi, z którymi się zaprzyjaźniłam. Często w jednym domu mieszkało wiele osób – to były specyficzne czasy, ale dzięki temu budowało się pierwsze więzi.
Początki były trudne: brak języka, brak zaplecza, ciężka praca fizyczna. Ale dziś wiem, że był to czas, który bardzo mnie ukształtował. Nauczył mnie radzenia sobie w każdej sytuacji, pokory i siły.

Twoja droga zawodowa zaczęła się od pracy fizycznej, a dziś prowadzisz własny biznes – co było dla Ciebie najtrudniejsze w budowaniu swojej pozycji w Wielkiej Brytanii i jak przełamywałaś bariery?
To była droga, która trwała latami. Nic nie wydarzyło się z dnia na dzień.
Zaczynałam od pracy fizycznej w fabrykach przez agencję, ale równolegle podejmowałam świadomy wybór rozwoju. Wiedziałam, że język jest fundamentem, dlatego zapisałam się do college’u i uczyłam się po pracy, często po nocnych zmianach. To były ogromne wyrzeczenia, ale też przekonanie, że idę w dobrym kierunku.
Przełomowym momentem była decyzja o spróbowaniu pracy biurowej – mimo że mój angielski był jeszcze na podstawowym poziomie. Poszłam na rozmowę kwalifikacyjną z dużym stresem i przekonaniem, że się nie uda. Tym większym zaskoczeniem był telefon jeszcze tego samego dnia – zostałam wybrana.
Zaczynałam od prostych zadań, ale szybko powierzano mi coraz większą odpowiedzialność. Po roku dostałam stałą pozycję. Byłam najmłodszą osobą w firmie i jedynym obcokrajowcem, a mimo to obdarzono mnie dużym zaufaniem.
Ta praca dała mi solidne fundamenty pod biznes – doświadczenie w planowaniu, systemach, kontaktach z klientami i zarządzaniu procesami. Pokazała mi też, że nie trzeba być gotowym w stu procentach, żeby zacząć.
Najtrudniejsze nie były jednak bariery językowe, lecz te wewnętrzne – strach i przekonanie, że nie jestem jeszcze wystarczająco dobra. I to właśnie one są często największą przeszkodą, szczególnie dla kobiet.
Decyzja o zakupie pierwszego sklepu była odważna i obarczona ryzykiem. Co sprawiło, że mimo obaw innych osób zaufałaś sobie i podjęłaś ten krok?
To była decyzja wynikająca z konieczności. Po rozstaniu z partnerem stanęłam przed pytaniem, czy jestem w stanie utrzymać się sama. Odpowiedź była negatywna, a jednocześnie nie chciałam wracać do zależności. Kluczowa była dla mnie niezależność.
Pomysł zakupu sklepu pojawił się z zewnątrz, ale to ja musiałam podjąć decyzję. Nie miałam środków – brałam kredyt, pożyczałam pieniądze. Wiele osób mnie odradzało, ale ja wierzyłam, że dam radę.
Udało się, choć wymagało to ogromnej pracy. Bywało, że pracowałam całą noc, a rano otwierałam sklep. Pierwsze lata to były lata wyrzeczeń.
Ryzyko było ogromne, ale wierzę, że bez ryzyka nie osiąga się rzeczy naprawdę ważnych.
Prowadzisz biznes w Wielkiej Brytanii od ponad trzynastu lat – czym różni się budowanie firmy za granicą i jakie kompetencje okazały się kluczowe?
Największą trudnością jest budowanie czegoś „nie u siebie” – bez zaplecza, w obcym języku i środowisku. Wszystko opiera się na tobie i relacjach, które zbudujesz.
Dla mnie kluczowe było właśnie budowanie relacji – zarówno z pracownikami, jak i klientami. Tworzenie zespołu, który czuje się częścią wspólnoty. Ważne były też elastyczność, odporność psychiczna, gotowość do nauki i odwaga w podejmowaniu decyzji.
Jak trudne doświadczenia wpłynęły na Twoje podejście do życia i biznesu?
Na początku żyłam tylko pracą. Z czasem zrozumiałam, że sukces ma swoją cenę. Uczyłam się wszystkiego sama, często kosztem życia prywatnego. Prowadzenie biznesu to nie tylko sukcesy, ale też stres, brak stabilności i momenty kryzysu. Bardzo osobista strata zatrzymała mnie i zmieniła moje podejście do życia. Pokazała, jak ważne są relacje i że biznes nie może być jedyną osią życia. To był też początek głębokiej pracy nad sobą i zmiany sposobu myślenia.
Obecnie rozwijasz się jako mentorka. Co jest dla Ciebie najważniejsze w pracy z innymi kobietami?
Najważniejsze jest tworzenie przestrzeni bez oceny – miejsca, w którym można mówić o swoich obawach i marzeniach. Chcę być osobą, która wspiera, a nie podcina skrzydła. Pokazywać, że nawet trudne sytuacje można przejść i wyjść z nich silniejszym. Wspieram kobiety w budowaniu odwagi, ale też pomagam im dostrzegać potencjalne wyzwania i przygotować się na nie.

Dlaczego wsparłaś kampanię „Nie hejtuję – motywuję” i jakie ma ona dla Ciebie znaczenie?
To temat bardzo mi bliski. Kobiety często zamiast się wspierać, podcinają sobie skrzydła – czasem nieświadomie. A przecież odpowiednie środowisko potrafi wydobyć z nas to, co najlepsze. Wierzę, że słowa mają ogromną moc – mogą ranić albo budować. Wybieram budowanie.
W pracy mentoringowej ważna jest szczerość, ale taka, która wspiera rozwój. Dziś szczególnie ważne jest to dla młodych ludzi, którzy żyją w świecie porównań i presji. Dlatego uważam, że powinniśmy być ostrożni w ocenianiu, a hojni w życzliwości. Nie hejtować – tylko motywować.
Rozmawiała: Ilona Adamska


