O swoich kampaniach i projektach, poczuciu wartości i odpowiedzialności – opowiada Ilonie Adamskiej w inspirującym wywiadzie Olga Kozierowska, działaczka społeczna, wspierająca równość, różnorodność i włączanie oraz przedsiębiorczość kobiet.
Często w wywiadach ale też w swoich nagraniach mówisz o tym, jak ważne jest, by „brać odpowiedzialność za swoje życie”. Co konkretnie oznacza to dla Ciebie w praktyce i codzienności? Jakie decyzje w Twoim życiu były punktem zwrotnym w tym kontekście?
Odpowiedzialność to jeden z podstawowych filarów poczucia własnej wartości. Jeżeli odrzucamy odpowiedzialność za swoje życie i szczęście, za jakość swoich związków, swojej pracy, to tak jakbyśmy oddawali walkowerem wszystko jednocześnie – poczucie wpływu na to, jak coś ma wyglądać w danej materii. Mamy taką skłonność i oczywiście da się ją wytłumaczyć – jest wtedy kogo winić. Ktoś idzie po latach na przykład nieudanych związków albo braku sukcesu w jakiejś materii do psychologa i kierując się własną interpretacją sesji, nagle zaczyna winić za wszystko swoich rodziców. Zrywa kontakty, ale ma dyspensę, czyli nie musi nic robić, bo to rodzice są wszystkiemu winni. A jeśli okazuje się, że znowu coś nie wyszło w związku, to na pewno winny jest ekspartner/ekspartnerka, przyjaciółka, znajoma, pracownica.
Ktokolwiek. To jest po prostu zrzucenie winy na innych. Tyle że na koniec to nam nie służy, ponieważ ostatecznie to my stajemy się ofiarami tych wyborów. Nic się w naszym życiu nie zmienia, nie polepsza, nie zarabiamy więcej pieniędzy, nie znajdujemy miłości, nie budujemy lepszych związków. I spadamy coraz niżej. Jedynie ci, którzy powiedzą „dosyć tego”, mogą mieć wpływ na swoje życie i odbić się od dna. Powiem coś niepopularnego. Wiem, że ludzie wolą dostać receptę na szczęście i nie wysilać się, słuchać różnych mówców motywacyjnych, mówiących: jak zrobisz to co ja, to będziesz bogata, szczęśliwa. Ja w to nie wierzę, bo uważam, że każdy z nas musi wypracować własną ścieżkę, receptę na szczęście, sukces, pieniądze, dobrobyt. Nikt tego za nas nie zrobi, dlatego, że każdy z nas jest inny, ma inne doświadczenia, inne talenty. Każdego z nas co innego wzmacnia a co innego osłabia. Jest to więc naprawdę bardzo indywidualna kwestia. Oddanie odpowiedzialności to tak, jakbyś patrzyła na mecz o nazwie twoje życie, siedząc na ławce rezerwowych. Jak grają kiepsko, to masz kogo winić. Tyle, że jak nie wstaniesz z tej ławki, nie zaczniesz grać, to nie masz w ogóle wpływu na grę.
Kiedy poczułaś, że wzięłaś odpowiedzialność za swoje życie?
Nie miałam kluczowego momentu, ponieważ trochę mnie zmusiło moje dzieciństwo, żeby brać odpowiedzialność za swoje życie. Już jako trzynastolatka wzięłam za siebie odpowiedzialność, musiałam podejmować decyzje, bo nikt za mnie tego by nie zrobił. Ale ja sobie to chwalę. Kiedyś myślałam, że rodzice mnie zostawili, bo mama wyjechała do Afryki, a ojciec zajął się swoją nową rodziną. Pytałam siebie wtedy: jak oni tak mogli? Czułam się biednym, porzuconym dzieckiem. Natomiast dzisiaj, z perspektywy czasu, uważam, że to lepiej niż związki rodziców – helikopterów z dziećmi – płatkami śniegu, w których rodzic podejmuje każdą decyzję za swoje dziecko, nawet dorosłe, zanosi za niego papiery na studia czy wręcz wybiera mu studia. Te dzieci są przymuszane, aby skończyć studia, które rodzice im wybrali i zrobić dyplom, który według rodziców jest opłacalny. Te dzieci nie mają nawet chwili, żeby się ponudzić, bo rodzic zapełni im każdą wolną chwilę, dorzucając np. naukę kolejnego języka (japońskiego czy chińskiego), bo nauka dwóch to teraz za mało. Takie dzieci nie mają możliwości pomyśleć, jak wyjść z jakiegoś problemu, bo rodzic, jak słyszy „problem”, biegnie do szkoły i załatwia go z innymi rodzicami, nauczycielem czy z innymi dziećmi. Samo dziecko stoi pominięte i nie może się wykazać. Po czym z takim doświadczeniem, a raczej brakiem doświadczeń wchodzi w dorosłe życie. Nie ma więc poczucia sprawczości i swojej wartości. Stąd dzisiaj wśród młodzieży tyle problemów psychicznych, zawahań i prób samobójczych. Chwalę sobie więc, że w dzieciństwie załatwiłam dwa filary, czyli poczucie sprawczości i odpowiedzialność za własne życie i szczęście.
W jednym z Twoich wystąpień pojawiło się stwierdzenie, że warto „stać się przyczyną, a nie skutkiem” zmian. Jak zbudować w sobie taką sprawczość, szczególnie gdy życie serwuje nam trudne momenty, na które pozornie nie mamy wpływu?
To bardzo stare stwierdzenie, którego używałam podczas power show, jakie dawałam na wyjazdach po całej Polsce. Ono de facto dotyczyło odpowiedzialności i sprawczości. Mówiło, że stoisz w miejscu i nie chcesz się zmieniać, to i tak wszystko inne dookoła ciebie ulega zmianom. W końcu, jakbyś się nie opierała, chciała zatrzymać coś z przeszłości, zmiana uderzy w ciebie. Im bardziej się opierasz, tym mocniej. I wtedy stajesz się skutkiem. A bycie przyczyną to kreowanie zmian w swoim życiu. I to jest ta różnica. Jakbym miała zbudować przypowieść, to powiedziałabym, że to tak jak być wrzuconym do wody i nie płynąć, walcząc „dyrektorską żabką” czy kraulem, tylko puścić się z prądem, nie wiedząc, gdzie cię zaniesie. Albo możesz właśnie popłynąć trochę pod prąd i dostać się do brzegu, który jest dobrą zmianą dla ciebie.
Jakie pierwsze kroki powinna wykonać osoba, która chce wziąć stery życia we własne ręce, ale czuje się zagubiona, zrezygnowana lub wypalona? Czy istnieją praktyczne narzędzia lub strategie, które polecasz kobietom stojącym na życiowym zakręcie?
Uważam, że wszystko zaczyna się od wiedzy o sobie. Jeśli ktoś odrobił tę pracę domową, to myślę, że momentalnie w jego jej życiu bardzo dużo zmieni się na dobre. Mieć wiedzę o sobie to umieć odpowiedzieć na szereg pytań (można usiąść i zrobić to z kartką, bo kartka to bardzo dobry przyjaciel człowieka) takich jak: co lubię, a czego nie, wziąć pod uwagę np. takie drobnostki jak: co lubię jeść, oglądać, jak spędzać wolny czas, co mi ładuje, a co rozładowuje baterie, co mi służy, a co nie, jakie relacje mi służą, a jakie nie. Z kim po spotkaniu czuje, że kwitnę. A jeśli po spotkaniu z kimś jestem pozbawiona energii i czuję się gorsza, może warto taką relację jednak zakończyć albo przynajmniej ograniczyć. Warto odpowiedzieć sobie również na pytania jak lubię pracować i w jakiej formule, co lubię robić, jakie są moje hobby, gdzie są moje granice cielesne i psychiczne? Te granice są bardzo istotne. Bo kiedy nie wiemy, gdzie one są, nie stawiamy ich (a tak się dzieje szczególnie wśród nas kobiet) i się gubimy. One często są zaburzone przez wychowanie, przez to, że miałyśmy być ciche i grzeczne, lubiane, sympatyczne i nie mówić „nie”. Są jeszcze takie stereotypy, że jeśli kobieta powie nie, to inni powiedzą „co za chamica”. A gdy tak powie mężczyzna, to zachwalają, jaki on jest silny. Najistotniejszą kwestią więc jest poznanie siebie. Ale uwaga. My się zmieniamy! Potrzebujemy więc też ap date siebie. Napisałam zresztą o tym w „Miłość to czasownik, jak być ze sobą czulej, bliżej, dłużej. I na większym luzie” oraz o tym, że w związku też musi się odbywać, przynajmniej co pół roku albo co rok, taki ap date. Bo się zmieniamy, coś w nas się zmienia. Sama po pewnym czasie zaczęłam zastanawiać się, czy nadal lubię wyjeżdżać pod namiot, czy może teraz jednak chciałabym pojechać do Egiptu na all inclusive albo czy ja nadal lubię ziemniaki, tylko dlatego że wszyscy w rodzinie chcą je jeść? Może jednak wolę makaron? Trzeba postawić siebie na pierwszym miejscu. I to nie jest egoizm czy dziwactwo. To neurologia nas do tego predysponuje. Tylko my z tą neurologią walczymy. Twoje ciało uważa, że ty jesteś na pierwszym miejscu, tylko umysł cię czasem oszukuje. Przykład: jedziesz samochodem i w momencie zagrożenia w ostatnim odruchu ratujesz swoje życie.
Kryzys – temat niezwykle aktualny i powszechny, szczególnie w dzisiejszych, dynamicznych czasach. Jak radzisz sobie z momentami zwątpienia lub załamania? Jakie są Twoje osobiste sposoby na odzyskanie równowagi psychicznej i emocjonalnej?
Pozwalam sobie na takie momenty. Nie uciekam od nich. Bo im bardziej się ucieka od czegoś nieprzyjemnego, to potem to rośnie i bije w nas mocniej. Robię więc w takich momentach stop (oczywiście w zależności jaki jest to moment zawahania). Jeżeli mam taki dzień (a każdy ma), że zaczynam sobie ujmować, myśleć o sobie, że jestem głupia, beznadziejna, brzydka, stara (czego ja w ogóle chcę od świata). Wtedy też wyłączam swoją świadomość. A kiedy na przykład zbliża się tzw. czas hormonalny raz w miesiącu, wtedy daję sobie dyspensę. Odpuszczam. Ja bardzo świadomie ze sobą żyję, więc zatrzymuję te myśli i przekierowuję je. To dobrze mi robi. Bo myślami potrafimy się nakręcić w kilka sekund i wymyślić, wybudować jakąś dramatyczną historię. Ja więc robię stop. Mówię do siebie: stop, Kozierowska. I używam narzędzia, o którym usłyszałam od mamy Elona Muska, robiąc z nim kiedyś wywiad. Ona powiedziała, że kiedy czuje się sfrustrowana, to zmusza się, żeby popatrzeć w innym kierunku, czyli de facto przekierowuje uwagę na coś innego. Kiedy na przykład frustruje mnie moja praca, bo spotykam się w niej „ze ścianą”, to zaczynam iść w swoje hobby, czyli artystyczne rzeczy albo w gotowanie, chociaż nie jest to mój fan, bo skupiam się na tym. Albo też idę w sport. Nie nakażesz sobie myśleć o czymś innym. Najlepiej zacząć działać, wówczas zaczynamy myśleć o tym, co robimy. Ważne więc jest, by nie siedzieć na kanapie. Znam stare przysłowie, które mówi, że jeżeli jesteś w dołku, chcesz z niego wyjść, przestań po prostu go kopać.

Jesteś inicjatorką kampanii „WE DID IT IN POLAND”, która promuje osiągnięcia Polek i Polaków na arenie międzynarodowej. Jak zrodził się pomysł na ten projekt?
Zaczął rodzić się powoli od pewnego impulsu, którego doświadczyłam w maju zeszłego roku w Waszyngtonie w USA. Uczestniczyłam wówczas w różnych konferencjach, gdzie było dużo kobiet i gdzie Amerykanie mówili o swoich sukcesach i osiągnięciach. Oni mówili o nich w bardzo wytworny, mocny, zachwycający ich samych sposób. I zastanawiałam się, jak to jest, że gdy oni mówili o sukcesie, to nie miałam poczucia, że się chwalą albo że są tacy trochę „hej do przodu”, tylko wzruszałam się i zachwycałam razem z nimi. I doszło do mnie, że to jest ten sposób mówienia o swoim sukcesie, w którym są emocje. Nie tylko duma, ale także zachwyt i wdzięczność. I dlatego słuchając, uczestnicząc w takiej prezentacji, rośniesz wraz z tą osobą, a jej sukces jest motywacją dla ciebie. Wróciłam do Polski i tu też uczestniczyłam w kolejnych konferencjach. I zaczęło dochodzić do mnie, że Polacy, gdy mówią o swoim sukcesie, to się zwijają i ujmują sobie, a dokonaniami i sukcesami mogliby cztery razy przebić Amerykanów. Zaczęłam dociekać, jakie jest tego źródło. Poczytałam o psychologii i socjologii naszego państwa, zależnościach historycznych i mitologii męczeństwa. Bo u nas, jak pokazały pewne badania kilku profesorów, zamiast mitologi zwycięstwa, jaką mają Amerykanie, mamy mitologię męczeństwa. Uczymy się już w szkole, że nasz bohater musi cierpieć i walczyć, a najlepiej na końcu zginąć (jak np. bohaterowie prawie wszystkich powstań w historii Polski). Nasz bohater ma cierpieć, poświęcać się, a na koniec ten trud okazuje się porażką. To też wytworzyło w nas przekonanie, że sukces nie jest wytworem talentu, pracy, wysiłku, umiejętności, kompetencji, tylko komuś się udało, ktoś ukradł, zachachmęcił, albo, że się z kimś przespał. O takim zjawisku mentalności oblężonej twierdzy pisał jeden z profesorów. Ona powoduje to, że my w środku społecznie, epigenetycznie, mamy podświadomy lęk przed tym, że ktoś przyjdzie i nam to wszystko zabierze, jak to było wiele razy naszym kraju. Pokazuje to nasza historia. Nie chcemy się do sukcesu przywiązywać, bo łatwiej jest oddać coś, do czego się nie przywiązałaś. Nie chcemy więc, żeby sukces był częścią nas, bo potem, przy utracie tego, będzie nas bolało. To wszystko wpływa na sposób, w jaki mówimy o swoim sukcesie, jak patrzymy na siebie. To jest pewnym uzasadnieniem, dlaczego tak się porównujemy i ujmujemy sobie nawzajem (bo, że ja mam sukces, to jeszcze pal sześć, ale że sąsiad go ma, to gorzej). Stąd też okazuje się, że Polacy są jednymi z najbardziej hejtujących w internecie narodów Unii Europejskiej.
Nie dziwi mnie to. Prowadzę od 4 lat kampanię „Nie hejtuję – motywuję” i nasza badania też to pokazują.
Badania, które zrobiłam w ramach kampanii „We did it in Poland”, pokazały, że Polacy (38%) za największą bolączkę uważają wzajemną zawiść. Nie zazdrość, bo zazdrość może być motywująca, natomiast zawiść jest na przykład wtedy, kiedy nie lubię mojej kanapy, ale oglądam w telewizji koleżankę, która osiągnęła sukces, muszę więc jakąś dyspensę sobie dać na to, żeby na tej kanapie zostać i ją po prostu zhejtuję. I dobrze, jeśli to pozostanie w moich myślach, a nie znajdzie się w internecie, w którym większość frustratów, niezadowolonych z życia, daje upust zawiści. Niestety internet to miejsce, w którym mogą się wyżywać i nadal nic nie robić ze swoim życiem. Jakieś kilkanaście lat temu, kiedy tworzyłam „Szczęście pisane szminką”, przeczytałam o pewnym holenderskim badaczu, który badał poczucie szczęścia różnych narodów i definiował ich kluczowe emocje, które przeważają w danym kraju. Dla naszego narodu wskazał dwie, idealnie ze sobą współgrające emocje, tj. wstyd i pogarda. Żeby przykryć wstyd, włączamy pogardę, czyli ujmujemy wszystkim, od których czujemy się gorsi. Mój syn ma powiedzenie, że nie znajdziesz hejtera, któremu powodzi się lepiej niż tobie. Bo osoba, której się powodzi, skupiona jest na sobie, nie ma czasu hejtować czy nawet patrzeć, co ty robisz.
Jakie cele stawia sobie kampania „WE DID IT IN POLAND”? Czy możesz zdradzić kulisy jej realizacji – kto stoi za projektem, jak wyglądała praca koncepcyjna i jak reagują na nią odbiorcy w Polsce i za granicą?
W czasie prezydencji Polski w Radzie Unii Europejskiej ta kampania była jej częścią. Promujemy innowacje polskie za granicą. Czyli pokazujemy, w czym Polska naprawdę jest dobra. Chcemy wyjść z folklorystycznych, dziwnych rzeczy i pokazywać się jako kraj nowoczesny, bezpieczny, czysty i innowacyjny. Nasza kampania nie mówi wprawdzie o tym, że Polska to czysty kraj, ale chcemy wspomnieć o tym dodatkowo. Druga kwestia dotyczy nas, Polaków, którym chcemy uświadomić, ile wspaniałych rzeczy, których używa się na co dzień w Europie, powstało w Polsce. Niewielu ludzi wie, że BLIK czy Booksy to polskie aplikacje. Niektórzy nie mają świadomości, że InPost jest polski. Stereotypowo zakładamy, że jak nazwa firmy jest obcobrzmiąca, to firma nie może być polska. Mamy mnóstwo niesamowitych osiągnięć. Jesteśmy w czołówce świata, jeżeli chodzi o fintech (financial technology), czyli rewolucyjne metody płatności jak wspomniany BLIK. Takiego BLIK-a nie ma żaden inny kraj w Europie (chyba podobna technologia jest w tylko w Indiach). Polska jest krajem bezgotówkowym, co jest w ogóle nowością. Pojedź do Niemiec i spróbuj zapłacić kartą. Tam dalej króluje gotówka, choć płacenie gotówką wiąże się z większym niebezpieczeństwem albo z szarą strefą. Od 2012 roku jesteśmy w Europejskiej Agencji Kosmicznej (ESA), czyli od niedawna, a mimo to braliśmy już udział w 80 misjach kosmicznych (ESA i NASA). Mamy niesamowite wynalazki, jeśli chodzi o pierwsze satelity. A prawie w ogóle się o tym nie mówi. Codziennie robię sobie research po mediach zagranicznych i polskich. W mediach zagranicznych zawsze jest przeciwwaga do złych wiadomości. Informuje się o sukcesie danego kraju, o czymś wielkim, że ten sukces właśnie wiąże się z biznesem, innowacjami, sztuczną inteligencją albo z kosmosem. W naszych mediach tego brakuje. Wchodzę na portal informacyjny i na pierwszej stronie czytam o tym, że pani X zrobiła sobie cycki. Mnie to w ogóle nie interesuje! To nie buduje mojego poczucia tożsamości narodowej, przynależności do tego kraju. Cele programu na Polskę są dwa. Pierwszy – uświadomić Polakom, co pięknego i wspaniałego wytwarzamy, by zaczęli się tym zachwycać. Drugi, jak już trochę Polaków o ich sukcesach wyedukujemy, to budowanie poczucia dumy narodowej oraz uczenie Polaków, żeby oni sami stanęli i nazwali swój sukces na głos, przestali być cicho. Jeśli sami nie będziemy o swoich sukcesach mówić, nikt za nas tego nie zrobi. To się musi zacząć od nas samych. Amerykanie uczą się takiej postawy już w szkołach. Myślę, że do naszych szkół też dojdę.
Projekt „SUKCES PISANY SZMINKĄ” to już ikona wspierania kobiecej przedsiębiorczości w Polsce. Jak narodziła się ta inicjatywa? Czy pamiętasz moment, w którym pojawiła się myśl: „To właśnie teraz muszę to zrobić”?
„Sukces pisany szminką” – moment, w którym poczułam, że chcę to robić, nastąpił w sylwestra 2007 roku w wyniku mojej irytacji, kiedy doszło do mnie, że w Polsce o sukcesach kobiet mówi się inaczej niż na przykład w USA. U nas kobiety są traktowane inaczej, a ich sukcesy uważane za coś przaśnego, takie „pitolenie”. Ale kiedy u nas mężczyzna ma sukces, to uważany jest za wspaniałego. Jednocześnie patrzyłam, jak w Polsce traktuje się kobiety w korporacjach. I uważam, że cały czas panują w nich nieświadome uprzedzenia. Kobieta wielokrotnie musi udowodnić, że zasłużyła na awans albo że jest mądra (bo jak jest ładna, no to na pewno nie jest mądra) itd. Jak zaczęłam o tym myśleć, trochę wszechświat zaczął mi pomagać, bo pojawiło się dużo osób z mediów. Przeprowadziłam wiele rozmów i stworzyłam bardzo dużo artykułów. Pomyślałam, że chcę nagłośnić ten problem. To był pierwszy pomysł, nad którego sposobem realizacji się zastanawiałam, ponieważ wtedy jeszcze pracowałam w korporacji, miałam kredyt we frankach szwajcarskich i małe dziecko, musiałam więc się z czegoś utrzymać. Pamiętam, że jako świetnie wyedukowany korpoczłowiek przygotowałam sobie strategię, by zacząć coś swojego. Byłam wtedy na bardzo wysokim stanowisku, miałam pod sobą 14 krajów, jeżeli chodzi o marketing i komunikację. Moja mama nie mogła przeżyć, że zostawiam taką pozycję i bycie wielką panią dyrektor, dla jakiegoś tam sukcesu „pisanego szminką”. Uważała za żenujące, że jej córka będzie robiła coś dla bab. I przygotowałam sobie całą strategię. Wiedziałam też, jako PR-owiec z wykształcenia i z praktyki, że muszę pójść ze swoim pomysłem do mediów, że przez media można dużo „wydziergać” i przyciągnąć pieniądze. I tak się zaczęło. Powstał mój program w TVN24 i w radiu PIN. Organizowałam też konferencje. W tym czasie powstał konkurs (obecnie mamy jego szesnastą edycję). Przez pierwsze kilka lat było mi bardzo ciężko, ponieważ byłam w tym wszystkim sama. Wiadomo, że do projektów dobierałam jakieś osoby albo brałam agencje, że sama gali nie robiłam. Natomiast najcięższą rzeczą dla mnie było przezwyciężenie strachu przed akwizycją, bo po prostu było mi trudno sprzedawać. W ogóle mi to nie wychodziło. Wstydziłam się. A kiedy się wstydziłam, nie miałam energii na zachęcanie. Do tej pory byłam wielką panią dyrektor, ważną i uznawaną, do której inni przychodzili i to ją prosili o pieniądze. A tu nagle ja musiałam prosić o pieniądze. Ci wszyscy, którzy mieli ze mną relacje tylko dlatego, że wtedy ze mnie korzystali, pokazywali mi wówczas, gdzie jest moje miejsce. Nie było mi więc łatwo. Nie było mi też łatwo dostać się do mediów, gdzie były tematy męskie. W redakcji TVN24 chcieli, żebym poszła do TVN Style, które było bardziej dla kobiet, ale uparłam się. Pamiętam Adama Pieczyńskiego, który już nie mógł ze mną wytrzymać, bo uparcie przychodziłam i mówiłam, że ja chcę tutaj. W końcu mi ten program dał, mówiąc, że jestem zdeterminowana i uparta. Na pierwszych nagraniach byłam tak zestresowana, że dostałam ksywę „Wołoszański”, ponieważ mówiłam przeraźliwie smutno, jakbym nie mówiła o sukcesie, tylko o tym, jak to hitlerowcy nas napadli.
Jak przez lata ewoluował projekt „SUKCES PISANY SZMINKĄ”? Jakie były jego największe sukcesy i jakie wyzwania napotkałaś na drodze jego realizacji?
Dzisiaj znowu mam z projektem „Sukces pisany szminką” dużo roboty, chociażby ze względu na to, jakie dochodzą do nas sygnały ze Stanów Zjednoczonych oraz przez to, że świat znowu zaczyna stawać przeciw równości płci. Stąd zrodziła się potrzeba, by cały czas tłumaczyć, przez pryzmat pieniędzy, wzrostu, konkurencyjności, lepszego wizerunku danej firmy, że różnorodność po prostu się opłaca. Jest cały czas potrzeba, żeby o tym mówić i edukować. W kuluarach panowie rozmawiają teraz o Trumpie, który powiedział, że równość jest bez sensu, że nareszcie będziemy zatrudniać kompetencje, a nie płeć. Jednocześnie, jeżeli popatrzymy na statystyki, to bodajże 67% absolwentek wyższych uczelni to kobiety. Jeżeli chodzi o kursy dodatkowe, to też w większej mierze kończą je kobiety. Co się w takim razie dzieje z tymi wszystkimi osobami kompetentnymi, wykształconymi? Uważam, że zajmują niższe stanowiska. Nie mówmy więc o płci, tylko patrzmy na kompetencje! Pewne badania pokazały, że jak zatrudniamy za tzw. kotarą nie widząc płci, a skupiając się na kompetencjach, zatrudniamy więcej kobiet. U nas, w języku polskim, trudno by było zrobić blind recruitment do ostatniego poziomu. Ale w języku angielskim już tak, na przykład z osobami funkcjonującymi w Kanadzie, w Australii czy w Anglii. Taką rekrutację robiły duże firmy jak Deloitte czy ING. Nie wiedziały, kto stoi po drugiej stronie, kobieta czy mężczyzna, patrzyły tylko na kompetencje. I okazało się, że więcej pretendentek na stanowisko to były kobiety. Co ciekawe, ten rodzaj rekrutacji wywodzi się z problemu naboru muzyków do orkiestr. Dziwiono się, że w orkiestrach jest mało kobiet. Zaczęto robić więc nabory za kotarą, nie widząc, kto gra. Rekrutujący słyszeli tylko grę (kandydaci mieli przypisany numer). Dzięki temu żeński skład orkiestr powiększył się z 2 do ponad 40 procent.
Jako mentorka wielu kobiet i promotorka idei siostrzeństwa – jakie zmiany obserwujesz w świadomości i podejściu Polek do kariery, sukcesu i rozwoju osobistego na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat? Czy naprawdę zaczynamy wierzyć, że „możemy wszystko”? I czy kobiety faktycznie się wspierają?
Mam wiele dowodów na to, że Polki się wspierają. Między innymi kampania „We did it in Poland” wyrosła na zrozumieniu, poczuciu misji oraz wsparciu finansowym kobiet. Jest to więc dla mnie piękna nagroda po tylu latach prowadzenia „Sukcesu pisanego szminką”. Brak wsparcia (czasem to się to zdarza) wynika, myślę, głównie z lęków, kompleksów kobiet, które czują się gorsze, choć wcale takie nie są. Jeśli kobiety mają niskie poczucie własnej wartości, powinny coś z tym zrobić. Bo jeżeli porównujesz się z innymi non stop, zużywasz na to całą swoją energię, pozostajesz w błędnym kole, zniżając się coraz bardziej. Takie kobiety czują zagrożenie, dlatego bywają agresywne. Chcą w ten sposób przykryć swoje słabości. Często mylimy prawdziwą, dojrzałą pewność z pewnością siebie zbudowaną na chamstwie, łącznie z zachowaniami mobbingowymi czy agresywnymi. Muszę powiedzieć z przykrością, że świat biznesu trochę promuje takie zachowania i jednostki narcystyczne, które komunikują się nie w sposób budujący i łączący, tylko w sposób hierarchiczny. I dlatego my to kojarzymy z pewnością siebie – o, jaki on silny, jaka ona silna. Nieprawda! Każdy psycholog powie, że jeżeli ktoś się tak zachowuje, to jest biedną, trzęsącą się galaretką w środku. Pewność siebie nie krzyczy. Uważam, że jeżeli ktoś ma wyzwania polegające na współpracy z innymi ludźmi, to musi zajrzeć najpierw w głąb siebie i ukochać to, co w nim tam krzyczy i błaga o uznanie.

Czy są jeszcze jakieś przestrzenie, które chciałabyś zagospodarować, nowe projekty, które dojrzewają w Twoim sercu?
Żyję teraz projektem „We did it in Poland”, nie zostawiając oczywiście „Sukcesu pisanego szminką”. I mam przy nim poczucie, podobne jak przy pierwszym projekcie, że nim żyję, podchwytuję każdy pomysł. To dla mnie początek długiej, pięknej drogi. Nie zostawię tego projektu, ponieważ jestem człowiekiem misji i społeczniczką. Marzy mi się, więc będę to marzenie realizowała przy wsparciu wielu cudownych kobiet i też, mam nadzieję, wielu mężczyzn, aby zbudować w Polakach najpierw poczucie dumy z nich samych, a następnie z tego, co robią, co inni Polacy wytwarzają, z naszych firm i marek, dokonań, sztuki, muzyki itd. Bardzo to we mnie rezonuje. Mam mnóstwo pomysłów. Znowu założyłam sobie zeszyt, bo przy „Sukcesie pisanym szminką” taki miałam (zapisałam go w całości), w którym zapisuję nowe pomysły.
Rozmawiała: Ilona Adamska
fot. Ivo Ledwożyw
Olga Kozierowska
Pionierka działań na rzecz równości i różnorodności w biznesie – założycielka Sukcesu Pisanego Szminką i Fundacji WłączeniPlus. Pomysłodawczyni i realizatorka międzynarodowej kampanii promującej polskie innowacje „We did it in Poland”. Autorka podcastów, programów szkoleniowych i książek (w tym bestsellera „Miłość to czasownik”), które uczą radzenia sobie z życiem i zawodowymi wyzwaniami.


