Olga Kozierowska: Żyję projektem „We did it in Poland”

Date:

Share post:

O swoich kampaniach i projektach, poczuciu wartości i odpowie­dzialności – opowiada Ilonie Adamskiej w inspirującym wywiadzie Olga Kozierowska, działaczka społeczna, wspierająca równość, róż­norodność i włączanie oraz przedsiębiorczość kobiet.

Często w wywiadach ale też w swoich nagraniach mówisz o tym, jak ważne jest, by „brać odpowiedzialność za swoje życie”. Co konkretnie oznacza to dla Ciebie w praktyce i codzienno­ści? Jakie decyzje w Twoim życiu były punktem zwrotnym w tym kontekście?

Odpowiedzialność to jeden z pod­stawowych filarów poczucia własnej wartości. Jeżeli odrzucamy odpowie­dzialność za swoje życie i szczęście, za jakość swoich związków, swojej pracy, to tak jakbyśmy oddawali walkowerem wszystko jednocześnie – poczucie wpływu na to, jak coś ma wyglądać w danej materii. Mamy taką skłonność i oczywiście da się ją wy­tłumaczyć – jest wtedy kogo winić. Ktoś idzie po latach na przykład nie­udanych związków albo braku suk­cesu w jakiejś materii do psychologa i kierując się własną interpretacją se­sji, nagle zaczyna winić za wszystko swoich rodziców. Zrywa kontakty, ale ma dyspensę, czyli nie musi nic robić, bo to rodzice są wszystkiemu win­ni. A jeśli okazuje się, że znowu coś nie wyszło w związku, to na pewno winny jest ekspartner/ekspartnerka, przyjaciółka, znajoma, pracownica.

Ktokolwiek. To jest po prostu zrzuce­nie winy na innych. Tyle że na koniec to nam nie służy, ponieważ ostatecz­nie to my stajemy się ofiarami tych wyborów. Nic się w naszym życiu nie zmienia, nie polepsza, nie zarabiamy więcej pieniędzy, nie znajdujemy mi­łości, nie budujemy lepszych związ­ków. I spadamy coraz niżej. Jedynie ci, którzy powiedzą „dosyć tego”, mogą mieć wpływ na swoje życie i odbić się od dna. Powiem coś niepopularnego. Wiem, że ludzie wolą dostać receptę na szczęście i nie wysilać się, słuchać różnych mówców motywacyjnych, mówiących: jak zrobisz to co ja, to będziesz bogata, szczęśliwa. Ja w to nie wierzę, bo uważam, że każdy z nas musi wypracować własną ścieżkę, re­ceptę na szczęście, sukces, pieniądze, dobrobyt. Nikt tego za nas nie zrobi, dlatego, że każdy z nas jest inny, ma inne doświadczenia, inne talenty. Każdego z nas co innego wzmacnia a co innego osłabia. Jest to więc na­prawdę bardzo indywidualna kwestia. Oddanie odpowiedzialności to tak, jakbyś patrzyła na mecz o nazwie twoje życie, siedząc na ławce rezer­wowych. Jak grają kiepsko, to masz kogo winić. Tyle, że jak nie wstaniesz z tej ławki, nie zaczniesz grać, to nie masz w ogóle wpływu na grę.

Kiedy poczułaś, że wzięłaś odpowie­dzialność za swoje życie?

Nie miałam kluczowego momentu, po­nieważ trochę mnie zmusiło moje dzie­ciństwo, żeby brać odpowiedzialność za swoje życie. Już jako trzynastolatka wzięłam za siebie odpowiedzialność, musiałam podejmować decyzje, bo nikt za mnie tego by nie zrobił. Ale ja sobie to chwalę. Kiedyś myślałam, że rodzi­ce mnie zostawili, bo mama wyjechała do Afryki, a ojciec zajął się swoją nową rodziną. Pytałam siebie wtedy: jak oni tak mogli? Czułam się biednym, porzu­conym dzieckiem. Natomiast dzisiaj, z perspektywy czasu, uważam, że to le­piej niż związki rodziców – helikopterów z dziećmi – płatkami śniegu, w których rodzic podejmuje każdą decyzję za swo­je dziecko, nawet dorosłe, zanosi za nie­go papiery na studia czy wręcz wybiera mu studia. Te dzieci są przymuszane, aby skończyć studia, które rodzice im wybrali i zrobić dyplom, który według rodziców jest opłacalny. Te dzieci nie mają nawet chwili, żeby się ponudzić, bo rodzic zapełni im każdą wolną chwilę, dorzucając np. naukę kolejnego języka (japońskiego czy chińskiego), bo nauka dwóch to teraz za mało. Takie dzieci nie mają możliwości pomyśleć, jak wyjść z jakiegoś problemu, bo rodzic, jak słyszy „problem”, biegnie do szkoły i załatwia go z innymi rodzicami, na­uczycielem czy z innymi dziećmi. Samo dziecko stoi pominięte i nie może się wykazać. Po czym z takim doświadcze­niem, a raczej brakiem doświadczeń wchodzi w dorosłe życie. Nie ma więc poczucia sprawczości i swojej wartości. Stąd dzisiaj wśród młodzieży tyle pro­blemów psychicznych, zawahań i prób samobójczych. Chwalę sobie więc, że w dzieciństwie załatwiłam dwa filary, czyli poczucie sprawczości i odpowie­dzialność za własne życie i szczęście.

W jednym z Twoich wystąpień pojawi­ło się stwierdzenie, że warto „stać się przyczyną, a nie skutkiem” zmian. Jak zbudować w sobie taką sprawczość, szczególnie gdy życie serwuje nam trudne momenty, na które pozornie nie mamy wpływu?

To bardzo stare stwierdzenie, którego używałam podczas power show, jakie da­wałam na wyjazdach po całej Polsce. Ono de facto dotyczyło odpowiedzialności i sprawczości. Mówiło, że stoisz w miejscu i nie chcesz się zmieniać, to i tak wszyst­ko inne dookoła ciebie ulega zmianom. W końcu, jakbyś się nie opierała, chciała zatrzymać coś z przeszłości, zmiana ude­rzy w ciebie. Im bardziej się opierasz, tym mocniej. I wtedy stajesz się skutkiem. A bycie przyczyną to kreowanie zmian w swoim życiu. I to jest ta różnica. Jakbym miała zbudować przypowieść, to powie­działabym, że to tak jak być wrzuconym do wody i nie płynąć, walcząc „dyrektor­ską żabką” czy kraulem, tylko puścić się z prądem, nie wiedząc, gdzie cię zaniesie. Albo możesz właśnie popłynąć trochę pod prąd i dostać się do brzegu, który jest dobrą zmianą dla ciebie.

Jakie pierwsze kroki powinna wykonać osoba, która chce wziąć stery życia we własne ręce, ale czuje się zagubiona, zrezygnowana lub wypalona? Czy ist­nieją praktyczne narzędzia lub strate­gie, które polecasz kobietom stojącym na życiowym zakręcie?

Uważam, że wszystko zaczyna się od wiedzy o sobie. Jeśli ktoś odrobił tę pra­cę domową, to myślę, że momentalnie w jego jej życiu bardzo dużo zmieni się na dobre. Mieć wiedzę o sobie to umieć odpowiedzieć na szereg pytań (można usiąść i zrobić to z kartką, bo kartka to bardzo dobry przyjaciel człowieka) ta­kich jak: co lubię, a czego nie, wziąć pod uwagę np. takie drobnostki jak: co lubię jeść, oglądać, jak spędzać wolny czas, co mi ładuje, a co rozładowuje baterie, co mi służy, a co nie, jakie relacje mi służą, a jakie nie. Z kim po spotkaniu czuje, że kwitnę. A jeśli po spotkaniu z kimś jestem pozbawiona energii i czuję się gorsza, może warto taką relację jednak zakończyć albo przynajmniej ograniczyć. Warto odpowiedzieć sobie również na pytania jak lubię pracować i w jakiej formule, co lubię robić, jakie są moje hobby, gdzie są moje granice cielesne i psychiczne? Te granice są bardzo istot­ne. Bo kiedy nie wiemy, gdzie one są, nie stawiamy ich (a tak się dzieje szczegól­nie wśród nas kobiet) i się gubimy. One często są zaburzone przez wychowanie, przez to, że miałyśmy być ciche i grzecz­ne, lubiane, sympatyczne i nie mówić „nie”. Są jeszcze takie stereotypy, że jeśli kobieta powie nie, to inni powiedzą „co za chamica”. A gdy tak powie mężczyzna, to zachwalają, jaki on jest silny. Najistot­niejszą kwestią więc jest poznanie siebie. Ale uwaga. My się zmieniamy! Potrzebu­jemy więc też ap date siebie. Napisałam zresztą o tym w „Miłość to czasownik, jak być ze sobą czulej, bliżej, dłużej. I na większym luzie” oraz o tym, że w związku też musi się odbywać, przynajmniej co pół roku albo co rok, taki ap date. Bo się zmieniamy, coś w nas się zmienia. Sama po pewnym czasie zaczęłam zastana­wiać się, czy nadal lubię wyjeżdżać pod namiot, czy może teraz jednak chciała­bym pojechać do Egiptu na all inclusive albo czy ja nadal lubię ziemniaki, tylko dlatego że wszyscy w rodzinie chcą je jeść? Może jednak wolę makaron? Trzeba postawić siebie na pierwszym miejscu. I to nie jest egoizm czy dziwactwo. To neurologia nas do tego predysponuje. Tylko my z tą neurologią walczymy. Twoje ciało uważa, że ty jesteś na pierwszym miejscu, tylko umysł cię czasem oszu­kuje. Przykład: jedziesz samochodem i w momencie zagrożenia w ostatnim odruchu ratujesz swoje życie.

Kryzys – temat niezwykle aktualny i powszechny, szczególnie w dzisiej­szych, dynamicznych czasach. Jak ra­dzisz sobie z momentami zwątpienia lub załamania? Jakie są Twoje osobi­ste sposoby na odzyskanie równowagi psychicznej i emocjonalnej?

Pozwalam sobie na takie momenty. Nie uciekam od nich. Bo im bardziej się ucieka od czegoś nieprzyjemnego, to potem to rośnie i bije w nas mocniej. Robię więc w takich momentach stop (oczywiście w zależności jaki jest to moment zawahania). Jeżeli mam taki dzień (a każdy ma), że zaczynam sobie ujmować, myśleć o sobie, że jestem głu­pia, beznadziejna, brzydka, stara (czego ja w ogóle chcę od świata). Wtedy też wyłączam swoją świadomość. A kiedy na przykład zbliża się tzw. czas hormo­nalny raz w miesiącu, wtedy daję sobie dyspensę. Odpuszczam. Ja bardzo świa­domie ze sobą żyję, więc zatrzymuję te myśli i przekierowuję je. To dobrze mi robi. Bo myślami potrafimy się nakrę­cić w kilka sekund i wymyślić, wybu­dować jakąś dramatyczną historię. Ja więc robię stop. Mówię do siebie: stop, Kozierowska. I używam narzędzia, o któ­rym usłyszałam od mamy Elona Muska, robiąc z nim kiedyś wywiad. Ona powie­działa, że kiedy czuje się sfrustrowana, to zmusza się, żeby popatrzeć w innym kierunku, czyli de facto przekierowuje uwagę na coś innego. Kiedy na przykład frustruje mnie moja praca, bo spotykam się w niej „ze ścianą”, to zaczynam iść w swoje hobby, czyli artystyczne rzeczy albo w gotowanie, chociaż nie jest to mój fan, bo skupiam się na tym. Albo też idę w sport. Nie nakażesz sobie myśleć o czymś innym. Najlepiej zacząć działać, wówczas zaczynamy myśleć o tym, co robimy. Ważne więc jest, by nie siedzieć na kanapie. Znam stare przysłowie, któ­re mówi, że jeżeli jesteś w dołku, chcesz z niego wyjść, przestań po prostu go kopać.

Jesteś inicjatorką kampanii „WE DID IT IN POLAND”, która promuje osiągnięcia Polek i Polaków na arenie międzyna­rodowej. Jak zrodził się pomysł na ten projekt?

Zaczął rodzić się powoli od pewne­go impulsu, którego doświadczyłam w maju zeszłego roku w Waszyngto­nie w USA. Uczestniczyłam wówczas w różnych konferencjach, gdzie było dużo kobiet i gdzie Amerykanie mówi­li o swoich sukcesach i osiągnięciach. Oni mówili o nich w bardzo wytworny, mocny, zachwycający ich samych spo­sób. I zastanawiałam się, jak to jest, że gdy oni mówili o sukcesie, to nie miałam poczucia, że się chwalą albo że są tacy trochę „hej do przodu”, tylko wzruszałam się i zachwycałam razem z nimi. I doszło do mnie, że to jest ten sposób mówienia o swoim sukcesie, w którym są emocje. Nie tylko duma, ale także zachwyt i wdzięczność. I dla­tego słuchając, uczestnicząc w takiej prezentacji, rośniesz wraz z tą osobą, a jej sukces jest motywacją dla ciebie. Wróciłam do Polski i tu też uczest­niczyłam w kolejnych konferencjach. I zaczęło dochodzić do mnie, że Polacy, gdy mówią o swoim sukcesie, to się zwijają i ujmują sobie, a dokonaniami i sukcesami mogliby cztery razy przebić Amerykanów. Zaczęłam dociekać, jakie jest tego źródło. Poczytałam o psycho­logii i socjologii naszego państwa, za­leżnościach historycznych i mitologii męczeństwa. Bo u nas, jak pokazały pewne badania kilku profesorów, za­miast mitologi zwycięstwa, jaką mają Amerykanie, mamy mitologię męczeń­stwa. Uczymy się już w szkole, że nasz bohater musi cierpieć i walczyć, a naj­lepiej na końcu zginąć (jak np. bohate­rowie prawie wszystkich powstań w hi­storii Polski). Nasz bohater ma cierpieć, poświęcać się, a na koniec ten trud okazuje się porażką. To też wytworzy­ło w nas przekonanie, że sukces nie jest wytworem talentu, pracy, wysiłku, umiejętności, kompetencji, tylko ko­muś się udało, ktoś ukradł, zachachmę­cił, albo, że się z kimś przespał. O takim zjawisku mentalności oblężonej twier­dzy pisał jeden z profesorów. Ona po­woduje to, że my w środku społecznie, epigenetycznie, mamy podświadomy lęk przed tym, że ktoś przyjdzie i nam to wszystko zabierze, jak to było wiele razy naszym kraju. Pokazuje to nasza historia. Nie chcemy się do sukcesu przywiązywać, bo łatwiej jest oddać coś, do czego się nie przywiązałaś. Nie chcemy więc, żeby sukces był częścią nas, bo potem, przy utracie tego, bę­dzie nas bolało. To wszystko wpływa na sposób, w jaki mówimy o swoim sukcesie, jak patrzymy na siebie. To jest pewnym uzasadnieniem, dlaczego tak się porównujemy i ujmujemy sobie nawzajem (bo, że ja mam sukces, to jeszcze pal sześć, ale że sąsiad go ma, to gorzej). Stąd też okazuje się, że Pola­cy są jednymi z najbardziej hejtujących w internecie narodów Unii Europejskiej.

Nie dziwi mnie to. Prowadzę od 4 lat kampanię „Nie hejtuję – motywuję” i nasza badania też to pokazują.

Badania, które zrobiłam w ramach kampanii „We did it in Poland”, po­kazały, że Polacy (38%) za największą bolączkę uważają wzajemną zawiść. Nie zazdrość, bo zazdrość może być motywująca, natomiast zawiść jest na przykład wtedy, kiedy nie lubię mojej kanapy, ale oglądam w telewizji koleżan­kę, która osiągnęła sukces, muszę więc jakąś dyspensę sobie dać na to, żeby na tej kanapie zostać i ją po prostu zhejtu­ję. I dobrze, jeśli to pozostanie w moich myślach, a nie znajdzie się w internecie, w którym większość frustratów, nieza­dowolonych z życia, daje upust zawiści. Niestety internet to miejsce, w którym mogą się wyżywać i nadal nic nie robić ze swoim życiem. Jakieś kilkanaście lat temu, kiedy tworzyłam „Szczęście pisa­ne szminką”, przeczytałam o pewnym holenderskim badaczu, który badał poczucie szczęścia różnych narodów i definiował ich kluczowe emocje, które przeważają w danym kraju. Dla naszego narodu wskazał dwie, idealnie ze sobą współgrające emocje, tj. wstyd i pogarda. Żeby przykryć wstyd, włączamy pogardę, czyli ujmujemy wszystkim, od których czujemy się gorsi. Mój syn ma powiedze­nie, że nie znajdziesz hejtera, któremu powodzi się lepiej niż tobie. Bo osoba, której się powodzi, skupiona jest na so­bie, nie ma czasu hejtować czy nawet patrzeć, co ty robisz.

Jakie cele stawia sobie kampania „WE DID IT IN POLAND”? Czy możesz zdra­dzić kulisy jej realizacji – kto stoi za projektem, jak wyglądała praca kon­cepcyjna i jak reagują na nią odbiorcy w Polsce i za granicą?

W czasie prezydencji Polski w Radzie Unii Europejskiej ta kampania była jej częścią. Promujemy innowacje polskie za granicą. Czyli pokazujemy, w czym Pol­ska naprawdę jest dobra. Chcemy wyjść z folklorystycznych, dziwnych rzeczy i pokazywać się jako kraj nowoczesny, bezpieczny, czysty i innowacyjny. Nasza kampania nie mówi wprawdzie o tym, że Polska to czysty kraj, ale chcemy wspo­mnieć o tym dodatkowo. Druga kwestia dotyczy nas, Polaków, którym chcemy uświadomić, ile wspaniałych rzeczy, któ­rych używa się na co dzień w Europie, powstało w Polsce. Niewielu ludzi wie, że BLIK czy Booksy to polskie aplikacje. Nie­którzy nie mają świadomości, że InPost jest polski. Stereotypowo zakładamy, że jak nazwa firmy jest obcobrzmiąca, to firma nie może być polska. Mamy mnó­stwo niesamowitych osiągnięć. Jesteśmy w czołówce świata, jeżeli chodzi o fintech (financial technology), czyli rewolucyjne metody płatności jak wspomniany BLIK. Takiego BLIK-a nie ma żaden inny kraj w Europie (chyba podobna technologia jest w tylko w Indiach). Polska jest kra­jem bezgotówkowym, co jest w ogóle nowością. Pojedź do Niemiec i spróbuj zapłacić kartą. Tam dalej króluje gotówka, choć płacenie gotówką wiąże się z więk­szym niebezpieczeństwem albo z szarą strefą. Od 2012 roku jesteśmy w Europej­skiej Agencji Kosmicznej (ESA), czyli od niedawna, a mimo to braliśmy już udział w 80 misjach kosmicznych (ESA i NASA). Mamy niesamowite wynalazki, jeśli cho­dzi o pierwsze satelity. A prawie w ogóle się o tym nie mówi. Codziennie robię so­bie research po mediach zagranicznych i polskich. W mediach zagranicznych za­wsze jest przeciwwaga do złych wiado­mości. Informuje się o sukcesie danego kraju, o czymś wielkim, że ten sukces wła­śnie wiąże się z biznesem, innowacjami, sztuczną inteligencją albo z kosmosem. W naszych mediach tego brakuje. Wcho­dzę na portal informacyjny i na pierwszej stronie czytam o tym, że pani X zrobiła sobie cycki. Mnie to w ogóle nie inte­resuje! To nie buduje mojego poczucia tożsamości narodowej, przynależności do tego kraju. Cele programu na Polskę są dwa. Pierwszy – uświadomić Polakom, co pięknego i wspaniałego wytwarzamy, by zaczęli się tym zachwycać. Drugi, jak już trochę Polaków o ich sukcesach wy­edukujemy, to budowanie poczucia dumy narodowej oraz uczenie Polaków, żeby oni sami stanęli i nazwali swój sukces na głos, przestali być cicho. Jeśli sami nie będziemy o swoich sukcesach mówić, nikt za nas tego nie zrobi. To się musi zacząć od nas samych. Amerykanie uczą się takiej postawy już w szkołach. Myślę, że do naszych szkół też dojdę.

Projekt „SUKCES PISANY SZMINKĄ” to już ikona wspierania kobiecej przedsię­biorczości w Polsce. Jak narodziła się ta inicjatywa? Czy pamiętasz moment, w którym pojawiła się myśl: „To wła­śnie teraz muszę to zrobić”?

„Sukces pisany szminką” – moment, w którym poczułam, że chcę to robić, nastąpił w sylwestra 2007 roku w wyni­ku mojej irytacji, kiedy doszło do mnie, że w Polsce o sukcesach kobiet mówi się inaczej niż na przykład w USA. U nas kobiety są traktowane inaczej, a ich suk­cesy uważane za coś przaśnego, takie „pitolenie”. Ale kiedy u nas mężczyzna ma sukces, to uważany jest za wspania­łego. Jednocześnie patrzyłam, jak w Pol­sce traktuje się kobiety w korporacjach. I uważam, że cały czas panują w nich nieświadome uprzedzenia. Kobieta wie­lokrotnie musi udowodnić, że zasłużyła na awans albo że jest mądra (bo jak jest ładna, no to na pewno nie jest mądra) itd. Jak zaczęłam o tym myśleć, trochę wszechświat zaczął mi pomagać, bo pojawiło się dużo osób z mediów. Prze­prowadziłam wiele rozmów i stworzyłam bardzo dużo artykułów. Pomyślałam, że chcę nagłośnić ten problem. To był pierwszy pomysł, nad którego sposobem realizacji się zastanawiałam, ponieważ wtedy jeszcze pracowałam w korporacji, miałam kredyt we frankach szwajcar­skich i małe dziecko, musiałam więc się z czegoś utrzymać. Pamiętam, że jako świetnie wyedukowany korpoczłowiek przygotowałam sobie strategię, by za­cząć coś swojego. Byłam wtedy na bar­dzo wysokim stanowisku, miałam pod sobą 14 krajów, jeżeli chodzi o marketing i komunikację. Moja mama nie mogła przeżyć, że zostawiam taką pozycję i by­cie wielką panią dyrektor, dla jakiegoś tam sukcesu „pisanego szminką”. Uważa­ła za żenujące, że jej córka będzie robiła coś dla bab. I przygotowałam sobie całą strategię. Wiedziałam też, jako PR-owiec z wykształcenia i z praktyki, że muszę pójść ze swoim pomysłem do mediów, że przez media można dużo „wydzier­gać” i przyciągnąć pieniądze. I tak się zaczęło. Powstał mój program w TVN24 i w radiu PIN. Organizowałam też kon­ferencje. W tym czasie powstał konkurs (obecnie mamy jego szesnastą edycję). Przez pierwsze kilka lat było mi bardzo ciężko, ponieważ byłam w tym wszyst­kim sama. Wiadomo, że do projektów dobierałam jakieś osoby albo brałam agencje, że sama gali nie robiłam. Na­tomiast najcięższą rzeczą dla mnie było przezwyciężenie strachu przed akwizy­cją, bo po prostu było mi trudno sprze­dawać. W ogóle mi to nie wychodziło. Wstydziłam się. A kiedy się wstydziłam, nie miałam energii na zachęcanie. Do tej pory byłam wielką panią dyrektor, ważną i uznawaną, do której inni przychodzili i to ją prosili o pieniądze. A tu nagle ja musiałam prosić o pieniądze. Ci wszyscy, którzy mieli ze mną relacje tylko dlatego, że wtedy ze mnie korzystali, pokazywa­li mi wówczas, gdzie jest moje miejsce. Nie było mi więc łatwo. Nie było mi też łatwo dostać się do mediów, gdzie były tematy męskie. W redakcji TVN24 chcieli, żebym poszła do TVN Style, które było bardziej dla kobiet, ale uparłam się. Pa­miętam Adama Pieczyńskiego, który już nie mógł ze mną wytrzymać, bo uparcie przychodziłam i mówiłam, że ja chcę tu­taj. W końcu mi ten program dał, mówiąc, że jestem zdeterminowana i uparta. Na pierwszych nagraniach byłam tak ze­stresowana, że dostałam ksywę „Woło­szański”, ponieważ mówiłam przeraźliwie smutno, jakbym nie mówiła o sukcesie, tylko o tym, jak to hitlerowcy nas napadli.

Jak przez lata ewoluował projekt „SUK­CES PISANY SZMINKĄ”? Jakie były jego największe sukcesy i jakie wyzwania napotkałaś na drodze jego realizacji?

Dzisiaj znowu mam z projektem „Sukces pisany szminką” dużo roboty, chociażby ze względu na to, jakie dochodzą do nas sygnały ze Stanów Zjednoczonych oraz przez to, że świat znowu zaczyna stawać przeciw równości płci. Stąd zrodziła się potrzeba, by cały czas tłumaczyć, przez pryzmat pieniędzy, wzrostu, konkurencyj­ności, lepszego wizerunku danej firmy, że różnorodność po prostu się opłaca. Jest cały czas potrzeba, żeby o tym mówić i edukować. W kuluarach panowie rozma­wiają teraz o Trumpie, który powiedział, że równość jest bez sensu, że nareszcie będziemy zatrudniać kompetencje, a nie płeć. Jednocześnie, jeżeli popatrzymy na statystyki, to bodajże 67% absolwentek wyższych uczelni to kobiety. Jeżeli chodzi o kursy dodatkowe, to też w większej mie­rze kończą je kobiety. Co się w takim razie dzieje z tymi wszystkimi osobami kompe­tentnymi, wykształconymi? Uważam, że zajmują niższe stanowiska. Nie mówmy więc o płci, tylko patrzmy na kompe­tencje! Pewne badania pokazały, że jak zatrudniamy za tzw. kotarą nie widząc płci, a skupiając się na kompetencjach, zatrudniamy więcej kobiet. U nas, w ję­zyku polskim, trudno by było zrobić blind recruitment do ostatniego poziomu. Ale w języku angielskim już tak, na przykład z osobami funkcjonującymi w Kanadzie, w Australii czy w Anglii. Taką rekrutację robiły duże firmy jak Deloitte czy ING. Nie wiedziały, kto stoi po drugiej stronie, kobieta czy mężczyzna, patrzyły tylko na kompetencje. I okazało się, że więcej pre­tendentek na stanowisko to były kobiety. Co ciekawe, ten rodzaj rekrutacji wywodzi się z problemu naboru muzyków do or­kiestr. Dziwiono się, że w orkiestrach jest mało kobiet. Zaczęto robić więc nabory za kotarą, nie widząc, kto gra. Rekrutujący słyszeli tylko grę (kandydaci mieli przy­pisany numer). Dzięki temu żeński skład orkiestr powiększył się z 2 do ponad 40 procent.

Jako mentorka wielu kobiet i promo­torka idei siostrzeństwa – jakie zmiany obserwujesz w świadomości i podej­ściu Polek do kariery, sukcesu i rozwoju osobistego na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat? Czy naprawdę zaczy­namy wierzyć, że „możemy wszystko”? I czy kobiety faktycznie się wspierają?

Mam wiele dowodów na to, że Polki się wspierają. Między innymi kam­pania „We did it in Poland” wyrosła na zrozumieniu, poczuciu misji oraz wsparciu finansowym kobiet. Jest to więc dla mnie piękna nagroda po tylu latach prowadzenia „Sukcesu pisane­go szminką”. Brak wsparcia (czasem to się to zdarza) wynika, myślę, głów­nie z lęków, kompleksów kobiet, które czują się gorsze, choć wcale takie nie są. Jeśli kobiety mają niskie poczucie własnej wartości, powinny coś z tym zrobić. Bo jeżeli porównujesz się z in­nymi non stop, zużywasz na to całą swoją energię, pozostajesz w błędnym kole, zniżając się coraz bardziej. Takie kobiety czują zagrożenie, dlatego by­wają agresywne. Chcą w ten sposób przykryć swoje słabości. Często mylimy prawdziwą, dojrzałą pewność z pewno­ścią siebie zbudowaną na chamstwie, łącznie z zachowaniami mobbingowymi czy agresywnymi. Muszę powiedzieć z przykrością, że świat biznesu trochę promuje takie zachowania i jednostki narcystyczne, które komunikują się nie w sposób budujący i łączący, tylko w sposób hierarchiczny. I dlatego my to kojarzymy z pewnością siebie – o, jaki on silny, jaka ona silna. Niepraw­da! Każdy psycholog powie, że jeżeli ktoś się tak zachowuje, to jest biedną, trzęsącą się galaretką w środku. Pew­ność siebie nie krzyczy. Uważam, że jeżeli ktoś ma wyzwania polegające na współpracy z innymi ludźmi, to musi zajrzeć najpierw w głąb siebie i uko­chać to, co w nim tam krzyczy i błaga o uznanie.

Czy są jeszcze jakieś przestrzenie, któ­re chciałabyś zagospodarować, nowe projekty, które dojrzewają w Twoim sercu?

Żyję teraz projektem „We did it in Poland”, nie zostawiając oczywiście „Sukcesu pisanego szminką”. I mam przy nim poczucie, podobne jak przy pierwszym projekcie, że nim żyję, podchwytuję każdy pomysł. To dla mnie początek długiej, pięknej drogi. Nie zostawię tego projektu, ponieważ jestem człowiekiem misji i społeczniczką. Marzy mi się, więc będę to marzenie realizowała przy wsparciu wielu cudownych kobiet i też, mam nadzieję, wielu mężczyzn, aby zbudować w Polakach najpierw poczucie dumy z nich samych, a następnie z tego, co robią, co inni Polacy wytwarzają, z naszych firm i marek, dokonań, sztuki, muzyki itd. Bardzo to we mnie rezonuje. Mam mnóstwo pomysłów. Znowu założyłam sobie zeszyt, bo przy „Sukcesie pisanym szminką” taki miałam (zapisałam go w całości), w którym zapisuję nowe pomysły.

Rozmawiała: Ilona Adamska

fot. Ivo Ledwożyw

Olga Kozierowska

Pionierka działań na rzecz równości i różnorodności w biznesie – założycielka Sukcesu Pisanego Szminką i Fundacji WłączeniPlus. Pomysłodawczyni i realizatorka międzynarodowej kampanii promującej polskie innowacje „We did it in Poland”. Autorka podcastów, programów szkoleniowych i książek (w tym bestsellera „Miłość to czasownik”), które uczą radzenia sobie z życiem i zawodowymi wyzwaniami.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

bannery-www-336x280_2

Related articles

Marka z charakterem. Autentyczność, która buduje zaufanie i prestiż – Małgorzata Socha Gościem Specjalnym konferencji

Siła marki nie rodzi się z potrzeby bycia lubianą. Rodzi się z odwagi, konsekwencji i gotowości do wyjścia...

Styczeń – najlepszy moment na odważne zmiany zawodowe i biznesowe

Styczeń od lat symbolizuje nowy początek. To miesiąc, w którym naturalnie podsumowujemy miniony rok, analizujemy swoje decyzje i...

75% Polaków wybiera spokój zamiast zysku

Choć inflacja w Polsce spadła, emocjonalnie wciąż funkcjonujemy w realiach ostatnich lat. Dane firmy Raisin pokazują, że niemal...

Zdrowe postanowienia pracowników a odpowiedzialność organizacji. Dlaczego realizacja noworocznych celów wymaga zaangażowania pracodawcy

Nowy rok od lat stanowi symboliczny moment podejmowania decyzji o zmianie stylu życia. Wśród najczęściej deklarowanych postanowień Polaków...