Historia Anny Szymańskiej nie zaczęła się od spektakularnego przełomu, lecz od cichego momentu zatrzymania i pytania o sens życia w narzuconych rolach. Doświadczenia dzieciństwa, droga przez macierzyństwo oraz odważny powrót do własnych emocji stały się fundamentem jej twórczości i życiowej misji. Dziś poprzez książki i opowieści wspiera dzieci w rozumieniu własnych uczuć oraz zachęca dorosłych – zwłaszcza kobiety – do odzyskania kontaktu ze sobą. W rozmowie z Iloną Adamską opowiada o tym, dlaczego emocje są językiem ciała, jak budować wewnętrzną wolność najmłodszych i dlaczego szczęśliwe dzieci zaczynają się od świadomych dorosłych.
Skąd wzięła się Twoja droga? Kiedy poczułaś, że to, co tworzysz, jest Twoją misją?
Nie obudziłam się pewnego dnia z poczuciem misji. To nie był spektakularny przełom. To było powolne pękanie od wewnątrz. Dorastałam w świecie pełnym braków ,emocjonalnych, materialnych, relacyjnych, w świecie, w którym brakowało prawie wszystkiego, stabilności, czułości, bezpieczeństwa emocjonalnego. A dziecko nie analizuje. Dziecko chłonie. Uczy się świata przez to, jak jest traktowane. Jeśli wokół jest napięcie,uczy się napięcia. Jeśli wokół jest cisza pełna niewypowiedzianych emocji , uczy się tłumienia. Jeśli wokół brakuje czułości ,uczy się, że musi na nią zasłużyć. Ja uczyłam się przetrwania.
W dorosłość weszłam jako kobieta, która świetnie umiała przetrwać, ale nie umiała być w kontakcie ze sobą. Budowałam siebie na podstawie tego, co słyszałam od innych. Bardzo wcześnie nauczyłam się, że nikt nie przyjdzie mnie uratować. Że trzeba być silną. Że trzeba sobie radzić. Że najlepiej nie sprawiać problemów. Uśmiechać się. Dostosowywać. Nie czuć za dużo. Nie znałam swojego ciała. Nie rozumiałam swoich emocji. Nie wiedziałam, że napięcie w brzuchu to lęk. Że ściśnięte gardło to niewypowiedziany smutek. Że złość nie jest zagrożeniem, tylko informacją. Nie było momentu, w którym ktoś powiedział: „To jest twoja droga”. Był za to długi czas życia w poczuciu, że czegoś mi brakuje. Uczyłam się być w porządku. Uśmiechnięta. Dzielna. Niewymagająca. Taka, która nie sprawia problemów. Taka, która radzi sobie sama. To jest maska, którą wiele kobiet zakłada bardzo wcześnie. I nosi ją latami. Czasem niestety całe życie. W dorosłość nie weszłam z poczuciem mocy. Weszłam z poczuciem braków. Z przekonaniem, że muszę zasłużyć na miłość. Że jestem za bardzo albo nie dość. Że moje emocje są kłopotem.
A potem zostałam mamą. To było w jednym z najtrudniejszych momentów mojego życia. Zmęczenie. Chaos. Brak wsparcia. Poczucie, że jestem tylko funkcją ,mamą, organizatorką, opiekunką. I przez długi czas myślałam, że to wystarczy. Że bycie mamą to cała moja tożsamość. Że jeśli dam z siebie wszystko dziecku, to to jest spełnienie. I przez jakiś czas znowu weszłam w rolę. Tym razem rolę idealnej, silnej, dającej z siebie wszystko kobiety. Takiej, która się nie skarży. Która nie potrzebuje. Która się poświęca. Która ogarnia. Która wystarcza innym, nawet jeśli nie wystarcza sobie. Maska wszystko jest dobrze stała się codziennością. Do momentu, w którym poczułam, że znikam.
Pewnego dnia zrozumiałam że zaczęło mi brakować siebie.Zaczęło mnie boleć to, że pod warstwą radzę sobie nie ma już mnie. Że tak bardzo ubrałam się w rolę mamy, że zapomniałam, że jestem też kobietą. Że mam swoje pragnienia, swoje marzenia, swoje emocje.Moment przebudzenia przyszedł w jednym z takich trudnych momentów mojego życia. W zmęczeniu. W chaosie. W poczuciu samotności. W chwili, kiedy zrozumiałam, że jeśli dalej będę żyła tylko jedną rolą, to nauczę moje dziecko, że dorosłość oznacza rezygnację z siebie. Zrozumiałam, że jeśli ja nie wrócę do siebie, moje dziecko nauczy się ode mnie życia w braku siebie. A ja nie chcę wychować człowieka, który kiedyś będzie musiał latami szukać drogi powrotnej do własnego serca. I wtedy wszystko się zatrzymało. Bo patrząc w oczy własnego dziecka, zrozumiałam jedną rzecz ,ono uczy się świata ode mnie. Z mojej energii. Z mojego spojrzenia na siebie. Z tego, czy ja umiem usiąść z własnym smutkiem. Z tego, czy potrafię powiedzieć: „Nie jest mi dobrze” zamiast udawać, że wszystko jest w porządku. Zrozumiałam, że jeśli nie zaopiekuję się sobą, moje dziecko tak będzie postrzegać świat.
Jeśli nie nauczę się czuć, ono nauczy się tłumić.Jeśli będę żyła w napięciu ,ono uzna napięcie za normę.I wtedy dotarło do mnie coś, co zmieniło wszystko: jeśli ja będę żyła w odcięciu od siebie, moje dziecko nauczy się, że tak wygląda dorosłość.A ja nie chciałam przekazać dalej życia w przetrwaniu.Chciałam przekazać wolność.Wtedy zaczęłam patrzeć na dzieci inaczej. Zrozumiałam, że dzieci rodzą się z naturalną mądrością ciała. One wiedzą, kiedy są zmęczone. Wiedzą, kiedy coś im nie służy. Płaczą, kiedy jest im trudno. Śmieją się całym ciałem. Oddychają głęboko. Czują bez filtrów.To my, dorośli, uczymy je odcinania się.Mówimy: „Nie przesadzaj.”„Nie złość się.”„Uśmiechnij się.”„Bądź grzeczny.”I często w dobrej wierze zaczynamy odcinać je od sygnałów, które są ich kompasem.W tamtym momencie poczułam bardzo wyraźnie, że moja droga to nie tylko pisanie. To przywracanie dzieciom tego, z czym naturalnie przyszły na świat.
Piszę, bo wierzę, że ciało jest pierwszym domem człowieka. Jeśli dziecko nauczy się, że jego brzuch, serce, oddech są bezpiecznym miejscem, to nawet w trudnym świecie będzie miało do czego wrócić. Moja misja jest prosta i jednocześnie ogromna: chcę, żeby dzieci nie musiały w dorosłości szukać siebie latami tak jak wielu z nas. Chcę, żeby wiedziały od początku, że emocja to informacja, a nie problem do wyciszenia. Że złość mówi: „coś jest dla mnie ważne”. Że smutek mówi: „coś straciłem”. Że lęk mówi: „potrzebuję bezpieczeństwa”. Chcę, żeby dzieci potrafiły usiąść, położyć rękę na brzuchu i oddychać, zamiast uciekać w napięcie. Ale jest jeszcze coś. Zrozumiałam, że dzieci uczą się z naszej energii. Z naszego stosunku do siebie. Z tego, czy mama potrafi powiedzieć: „Jestem zmęczona i potrzebuję chwili dla siebie.” Z tego, czy dorosły umie przyznać: „Teraz czuję złość.” Dlatego moja misja dotyczy nie tylko dzieci. Dotyczy dorosłych, zwłaszcza kobiet, które latami noszą maski radzę sobie. Kobiet, które nauczyły się, że poświęcenie to miłość. Ja chcę pokazać coś innego. Że kiedy dorosły odnajduje siebie, dziecko dostaje wolność, a to daje dziecku szansę, by nigdy się nie zgubiło. Moment, w którym poczułam, że to moja droga, nie był spektakularny. To było ciche Dość. Dość życia w odcięciu. Dość przekazywania dalej braku. Dość udawania, że wystarczy być tylko rolą. Poczułam, że jeśli ja nie stanę za sobą, moje dziecko nauczy się, że kobieta zawsze jest na końcu kolejki. A ja chcę mieć wpływ, by zacząć towarzyszyć nowemu pokoleniu dzieci w dorastaniu, by zawsze wiedziały, że są najważniejsze dla samych siebie. I wspierać pokolenie dorosłych, które nie boi się tego uczyć. Piszę, bo wierzę, że świat zmienia się nie przez wielkie hasła, ale przez małe momenty: kiedy dziecko kładzie rękę na sercu i mówi: „Tu czuję smutek.”. Kiedy mama zamiast tłumić łzy, mówi: „Teraz jest mi trudno.” Kiedy dorosły nie ucieka od emocji, tylko z nimi oddycha. Moja droga zaczęła się od bólu. Ale moja misja zaczyna się od miłości. I wiem, że to dopiero początek. To jest moja misja. Bo zmiana pokoleniowa zaczyna się od jednej kobiety, która odważy się zdjąć maskę.
Twoje bajki dotykają emocji takich jak lęk, złość czy smutek. Dlaczego uważasz, że rozmowa z dziećmi o emocjach jest dziś tak ważna i czego – Twoim zdaniem – najbardziej brakuje w tym obszarze?
Uważam, że rozmowa o emocjach jest dziś kluczowa, bo żyjemy w świecie, który nauczył się mówić o wynikach, sukcesach i osiągnięciach, ale wciąż nie nauczył się mówić o tym, co dzieje się w środku człowieka.Dzieci od najmłodszych lat uczą się nazw kolorów, cyfr, liter. Uczą się zasad zachowania. Uczą się, jak być grzecznym i dopasowanym. A bardzo rzadko uczą się, jak być w kontakcie ze sobą.Nie towarzyszymy dzieciom, w przekazaniu rdzenia że emocja to informacja. Nie wspieramy ich, w wiedzeniu że złość nie jest czymś złym, tylko sygnałem przekraczanej granicy. Nie mówimy im, że lęk nie oznacza słabości, tylko potrzebę bezpieczeństwa. Nie mówimy im, że smutek nie jest czymś, co trzeba szybko wyciszyć, tylko czymś, co chce zostać zauważone.Zamiast tego często,zupełnie nieświadomie,uczymy dzieci tłumienia.Nie płacz.To nic takiego.Uspokój się.Przestań się złościć.A dziecko słyszy: „Twoje emocje są niewygodne. Nie ma na nie miejsca.Schowaj je.”A wtedy dziecko zaczyna odcinać się od ciała.Bo emocje zawsze zaczynają się w ciele. Najpierw pojawia się napięcie w brzuchu. Ścisk w gardle. Przyspieszony oddech. Zaciśnięte dłonie. Ciało mówi pierwsze. Zawsze.Tymczasem świat uczy dzieci reagowania z głowy. Analizowania. Kontrolowania. Dopasowywania się. A jeśli dzieci nie nauczą się słuchać ciała, w dorosłości często nie potrafią rozpoznać, że są przemęczeni, przeciążeni, wypaleni.I wtedy zaczyna się życie w trybie przetrwania.Moje bajki dotykają często lęku, złości i smutku, bo to emocje, których najbardziej się boimy. A paradoks polega na tym, że to właśnie one prowadzą do największej mądrości.Jeśli dziecko nauczy się, że może powiedzieć:
„Boję się” ,bez wstydu, bez wyśmiania – buduje w sobie odwagę.Jeśli może powiedzieć: „Jestem zły” i ktoś pomoże mu poczuć tę złość w ciele, zamiast ją tłumić
,uczy się granic.Jeśli może pobyć w smutku, a dorosły nie próbuje go natychmiast rozweselić ,uczy się, że trudne chwile są częścią życia, a nie czymś, co trzeba natychmiast naprawić.Najbardziej brakuje nam dziś przestrzeni na czucie.Brakuje dorosłych, którzy sami są w kontakcie ze swoimi emocjami. Bo prawda jest taka, że dziecko nie nauczy się regulować emocji od kogoś, kto sam się ich boi.Dlatego moja misja nie kończy się na dzieciach. Piszę także do dorosłych, bo wiem, że to my jesteśmy odpowiedzialni za klimat emocjonalny domu. Dzieci uczą się przez obserwację. Jeśli mama czy tata potrafią powiedzieć: „Teraz czuję złość, potrzebuję chwili” , dziecko uczy się, że emocja nie jest zagrożeniem. Jeśli dorosły zawsze tłumi, udaje, ucieka ,dziecko robi to samo.Często mówimy dzieciom, żeby się uśmiechały. Rysujemy uśmiechnięte buźki i mówimy: „Tak wygląda radość.” A prawda jest taka,
że radość nie jest obrazkiem. Radość czuje się w ciele. W lekkości. W cieple klatki piersiowej. W swobodnym oddechu.Chcę, żeby dzieci wiedziały, że emocje nie są do oceniania, tylko do odczuwania. Że nie ma dobrych i złych emocji. Są tylko te, które coś nam pokazują.I jeszcze coś bardzo ważnego.Jeśli dziecko nie nauczy się rozumieć swoich emocji, będzie nimi zarządzane. Jeśli nauczy się je rozumieć ,będzie potrafiło zarządzać sobą.A świat potrzebuje ludzi, którzy są świadomi siebie. Nie reaktywni. Nie tłumiący. Nie żyjący w napięciu.Rozmowa o emocjach to nie jest miękki temat. To fundament zdrowia psychicznego przyszłych pokoleń. To fundament relacji. To fundament poczucia własnej wartości.Bo dziecko, które słyszy: „Widzę twoją złość. Jest ważna.” – słyszy jednocześnie: „Ty jesteś ważny.”A kiedy człowiek od małego wie, że to, co czuje, ma znaczenie, nie musi w dorosłości walczyć o prawo do istnienia.I dlatego o tym piszę.Bo wierzę, że jeśli nauczymy dzieci czuć, a wręcz śmiało powiem nie pozwolimy im zapomnieć, tego z czym każdy z nas naturalnie przychodzi na ten świat,to świat na samym starcie stanie się bardziej świadomy, łagodniejszy i prawdziwszy.
Mówisz, że ciało jest naszym pierwszym domem. Co to zdanie oznacza dla Ciebie osobiście i jak przekładasz je na język zrozumiały dla dzieci?
Kiedy mówię, że ciało jest naszym pierwszym domem, nie używam metafory. Ja to naprawdę czuję.Dom to miejsce, do którego wracasz, kiedy świat jest za głośny. To przestrzeń bezpieczeństwa. To coś, co cię chroni, ogrzewa i pozwala odpocząć. A zanim mieliśmy własny pokój, własne mieszkanie, zanim ktokolwiek nazwał nas imieniem, mieliśmy ciało.I ono było i jest z nami zawsze.Tylko że wielu z nas bardzo wcześnie zostało z tego domu wyprowadzonych. Uczyliśmy się ignorować sygnały zmęczenia. Uczyliśmy się, że łzy są przesadą. Że napięcie w brzuchu to nic takiego. Że trzeba być dzielnym. Silnym. Uśmiechniętym.Ja też długo nie mieszkałam w swoim ciele. Żyłam w głowie. W oczekiwaniach. W rolach. W udowadnianiu swojej wartości. Ciało było dla mnie narzędziem do przetrwania, nie domem.Moment, w którym zaczęłam wracać do siebie, był momentem, w którym zaczęłam słuchać ciała. Zrozumiałam, że ono nigdy mnie nie zdradziło. To ja nauczyłam się go nie słuchać.Ścisk w gardle mówił: „Nie zgadzasz się.”Ciężar w klatce piersiowej mówił:
„To za dużo.”Zmęczenie mówiło: „Zatrzymaj się.”Ciało zawsze wie. Szybciej niż my. Prawdziwiej niż my.Dlatego tak bardzo zależy mi, żeby dzieci nie traciły z nim kontaktu.Kiedy rozmawiam z dziećmi o ciele jako o domu, mówię im w prosty sposób: „Twoje ciało to miejsce, do którego zawsze możesz wrócić. Wystarczy, że zatrzymasz się na chwilę, weźmiesz spokojny oddech i sprawdzisz, co dziś w Tobie mieszka.” Przypominam im, że mogą położyć dłoń na sercu i zapytać: „Jak się dziś czujesz?” albo przytulić swój brzuch i sprawdzić, czy jest spokojny, czy napięty.I widzę wtedy w ich oczach coś niezwykłego,zdziwienie. Bo wiele dzieci nie wie, że może rozmawiać z samym sobą. Nie wie, że może zadać pytanie swojemu sercu. Że może mówić do siebie z czułością, a nie tylko słuchać świata zewnętrznego.Dla nich to odkrycie bywa przełomowe. Nagle rozumieją, że odpowiedzi nie zawsze przychodzą z zewnątrz. Że mają w sobie wewnętrzny głos, który można usłyszeć,
jeśli da mu się chwilę ciszy.I właśnie to chcę im przywrócić ,świadomość, że mają w sobie mądrego towarzysza na całe życie. Że mogą być dla siebie wsparciem. Że ich serce nie jest tylko organem, ale miejscem rozmowy, czułości i prawdy.Uczę je zauważać: Gdzie w ciele czujesz złość?Czy radość jest ciepła czy lekka?Nie po to, żeby analizowały siebie jak dorośli. Po to, żeby wiedziały, że odpowiedzi są w środku.Bo kiedy dziecko potrafi zatrzymać się i powiedzieć: „Mój brzuch jest dziś bardzo napięty”, zaczyna rozumieć, że emocja nie jest czymś, co je zalewa bez kontroli. Jest czymś, co można poczuć, nazwać i przeżyć.Ciało jest pierwszym domem, bo to w nim uczymy się bezpieczeństwa. Jeśli dziecko nauczy się, że może wrócić do oddechu, do ciepła własnych dłoni, do spokojnego rytmu serca , buduje w sobie wewnętrzne oparcie. Nie będzie całkowicie zależne od zewnętrznych warunków.A świat bywa nieprzewidywalny.Nie zawsze będziemy mogli ochronić dzieci przed trudnymi sytuacjami. Ale możemy nauczyć je wracać do siebie.Dla mnie osobiście to zdanie oznacza też odpowiedzialność. Jako dorosła wiem, że jeśli ja nie mieszkam w swoim ciele , jeśli ignoruję zmęczenie, tłumię emocje, żyję w napięciu
,to dziecko widzi to i uczy się tego samego. Dlatego dbanie o własne ciało, o swój oddech, o swoje granice, to nie egoizm. To fundament. To pokazanie dziecku, że dom zaczyna się w środku. I chcę, żeby dzieci dorastały z wiedzą, której wielu z nas musiało uczyć się dopiero w dorosłości: że nie trzeba szukać bezpieczeństwa wyłącznie na zewnątrz. Że ciało jest mądre. Że serce wie. Że oddech prowadzi. Bo jeśli człowiek od małego czuje, że ma dom w sobie, nie będzie całe życie szukał go w miejscach, które go ranią. A to zmienia wszystko.
A czasem myślę ,czy nie byłoby cudowne, gdyby nauczyciele przed każdą lekcją poprosili dzieci, by na chwilę zamknęły oczy, wzięły spokojny oddech i zapytały w ciszy siebie: „Jak się dziś czuję?” Zanim zaczniemy wymagać koncentracji, wyników, skupienia , dać im minutę na spotkanie z samym sobą.Wyobrażam sobie klasę pełną dzieci, które wiedzą, że ich stan wewnętrzny ma znaczenie. Że mogą powiedzieć:
„Dziś jestem zmęczony” albo „Dziś czuję radość.” Jak inaczej wyglądałaby edukacja, gdyby zaczynała się od uważności, a nie od presji? Bo dziecko, które umie sprawdzić, co w nim żyje, uczy się nie tylko matematyki czy języka. Uczy się siebie. A to jest wiedza, która zostaje na całe życie i ona jest bezcenna.

Twoja historia pokazuje drogę od życia według cudzych narracji do życia w prawdzie. Jak to doświadczenie wpłynęło na sposób, w jaki dziś tworzysz i na to, co chcesz przekazać najmłodszym?
Przez długi czas żyłam tak, jakby moje życie było odpowiedzią na cudze oczekiwania. Jakbym miała wypełnić scenariusz napisany przez innych. Byłam dziewczynką dorastającą w brakach,emocjonalnych, materialnych, relacyjnych. Bardzo wcześnie nauczyłam się czytać ludzi. Nauczyłam się dopasowywać. Nauczyłam się być wystarczająca, zanim jeszcze zrozumiałam, kim jestem.Budowałam siebie na podstawie tego, co słyszałam. Jeśli ktoś mówił, że jestem za wrażliwa ,starałam się być twardsza. Jeśli słyszałam, że powinnam być silna
,tłumiłam łzy. Jeśli świat nagradzał poświęcenie,poświęcałam się.I w pewnym momencie przestałam czuć siebie.Założyłam maskę codzienności. Maskę radzę sobie. Maskę nie narzekam. Maskę wystarczy mi bycie mamą.Aż przyszedł moment, w którym ta maska zaczęła mnie dusić.To była cisza. Zmęczenie. Poczucie, że coś we mnie umiera. Że jeśli dalej będę żyła tylko rolami, zgubię kobietę, którą jestem. I wtedy po raz pierwszy zadałam sobie pytanie, którego wcześniej bałam się zadać: „A gdzie w tym wszystkim jestem ja?”To pytanie zmieniło wszystko. Zrozumiałam, że jeśli chcę, aby moje dzieci dorastały w prawdzie, muszę zacząć żyć w prawdzie. Jeśli chcę, by kiedyś potrafiły powiedzieć to jest moje życie, ja muszę przestać żyć cudzym.To doświadczenie całkowicie zmieniło sposób, w jaki tworzę.
Piszę z miejsca autentyczności. Z miejsca, które było kiedyś zagubione, a dziś jest odzyskane. Chcę przekazać najmłodszym coś, czego mnie nikt nie nauczył: że nie muszą dopasowywać się do świata kosztem siebie. Że ich wrażliwość nie jest wadą. Że ich emocje nie są przeszkodą. Że nie muszą zasługiwać na miłość poprzez bycie wygodnymi. Bo wiem, jak wygląda życie, kiedy człowiek buduje siebie na cudzych narracjach. I wiem, ile odwagi kosztuje powrót do własnej. Dlatego w moich bajkach bohaterowie uczą się słuchać siebie. Uczą się ufać swojemu ciału. Uczą się rozpoznawać swoje emocje. Bo dziecko, które zna siebie, jest mniej podatne na presję świata. A dla dorosłych ten przekaz jest równie ważny. Często zakładamy maski. Uśmiechamy się, mówimy u mnie wszystko dobrze, choć w środku jesteśmy przemęczeni, zagubieni, samotni. Wmawiamy sobie, że taka jest rola kobiety. Rola matki. Rola odpowiedzialnej osoby. A prawda jest taka, że kiedy rezygnujemy z siebie, uczymy tego samego nasze dzieci.
Dziecko nie uczy się z naszych słów. Uczy się z naszej postawy. Jeśli widzi mamę, która nigdy nie stawia siebie na pierwszym miejscu, dziewczynka uczy się, że jej potrzeby są mniej ważne. Chłopiec uczy się, że kobieta zawsze ma się poświęcać. A ja chcę innego świata. Chcę świata, w którym dziecko widzi dorosłego, który mówi: „Dbam o siebie, bo jestem ważna/y.” Nie z egoizmu. Z odpowiedzialności. Moja droga od życia według cudzych narracji do życia w prawdzie nauczyła mnie jednego: że największym prezentem, jaki możemy dać dzieciom, jest odwaga bycia sobą. Nie idealną. Nie bezbłędną. Prawdziwą. I dlatego tworzę. Żeby dzieci nie musiały kiedyś budzić się z poczuciem, że żyją nie swoim życiem. Żeby od początku wiedziały, że mają prawo być sobą , bez maski.
Piszesz w zwyczajności – między obowiązkami, zmęczeniem i macierzyństwem. Jak wygląda Twój proces twórczy w takiej rzeczywistości i co daje Ci siłę, by nie odkładać tworzenia na „lepszy moment”?
Mój proces twórczy nie dzieje się w ciszy klasztoru ani przy idealnie uporządkowanym biurku. Dzieje się między gotowaniem obiadu a rozwieszanym praniem. Między zmęczeniem i kolejną nieprzespaną nocą. Między byciem mamą, kobietą, i człowiekiem, który też czasem nie ma już siły. I długo wierzyłam, że to nie są warunki do tworzenia.
Czekałam na moment, w którym będzie spokojniej. Lżej. Kiedy dzieci podrosną. Kiedy obowiązków będzie mniej. Kiedy poczuję się bardziej gotowa. Bardziej poukładana. Bardziej idealna. Ten moment nigdy nie przychodził. Bo życie nie przestaje być intensywne. Zawsze jest coś. Zawsze ktoś czegoś potrzebuje. Zawsze świat woła. I w pewnym momencie zrozumiałam, że jeśli będę czekać na idealne warunki, przegapię własne życie. Zaczęłam pisać w najbardziej nieidealnych okolicznościach. Z trzylatkiem obok. Z głową pełną obowiązków. Pisałam zmęczona, ale przebudzona. Nie dlatego, że było łatwo. Dlatego, że było to konieczne. Każde zdanie jest dla mnie aktem powrotu do siebie.
Każda historia jest decyzją: „Nie odkładam siebie na później.” Piszę często wcześnie rano albo późno wieczorem, kiedy dom cichnie. Ale prawda jest taka, że proces twórczy nie zaczyna się przy klawiaturze. On zaczyna się w obserwacji. W uważności. W rozmowach z dziećmi. W ich pytaniach. W ich lękach. W ich śmiechu.
Piszę z życia. Nie obok niego. I właśnie to daje mi siłę, świadomość, że nie muszę wybierać między byciem mamą a byciem twórczynią. Mogę być jednym i drugim. A nawet więcej , moje macierzyństwo jest źródłem mojej twórczości. Bo kiedy widzę, jak dzieci przeżywają świat, wiem, że to, co tworzę, ma sens. Kiedy widzę ich napięcie, ich wrażliwość, ich potrzebę bycia wysłuchanym, wiem, że nie mogę czekać. Nie odkładam tworzenia na lepszy moment, bo nauczyłam się jednego: lepszy moment to iluzja. Jest tylko ten, tu i teraz. I bardzo chcę, żeby zwłaszcza kobiety to usłyszały. Że nie muszą mieć perfekcyjnych warunków, żeby zacząć. Że nie muszą być wypoczęte, doskonałe, pewne siebie. Wystarczy decyzja. Często słyszę: „Nie mam czasu.” A ja wiem, że czas się nie pojawi. Czas się tworzy. Tak jak przestrzeń. Tak jak odwaga. I tak, bywają dni, kiedy jest trudno. Kiedy jestem zmęczona. Kiedy wątpię. Ale wtedy przypominam sobie, że szczęśliwa mama to nie idealna mama. To mama, która nie zdradza siebie. A kiedy dziecko widzi mamę, która mimo chaosu realizuje swoją pasję, uczy się czegoś bezcennego: że marzenia nie są luksusem. Są częścią życia.
W pewnym momencie poprostu zrozumiałam, że nikt nie przyjdzie i nie da mi pozwolenia na życie po swojemu. Stanęłam do swojej mocy. Do tworzenia w tu i teraz. Przestałam czekać na idealne okoliczności, na większą pewność siebie, na znak z zewnątrz. Wybrałam siebie.
Dziś wiem, że kreacja zaczyna się w chwili, w której przestajesz się umniejszać. Kiedy pozwalasz sobie mówić własnym głosem, tworzyć po swojemu, czuć bez przepraszania. Chcę być inspiracją dla kobiet, które myślą, że nie potrafią. Dla tych, które czują w sobie impuls do zmiany, ale jeszcze się wahają. Dla tych, które potrzebują jednego przykładu, że można wstać i zacząć od nowa. Bo kiedy kobieta wraca do siebie, zaczyna kreować z serca. A kiedy tworzy z miejsca miłości własnej, jej życie przestaje być walką, a staje się przestrzenią, w której można oddychać. Kreacja i miłość do siebie to żywa inspiracja. Taka, która oddycha potem cały dom. Piszę, bo nie chcę już żyć połową siebie. Piszę, bo chcę, by moje dzieci widziały kobietę, która wybiera siebie z miłości, a nie z buntu. Piszę, bo wiem, że jeśli ja nie pokażę im odwagi, świat pokaże im tylko kompromisy.Nie czekam na lepszy moment.Ja tworzę go tu i teraz.Piszę, bo w tych zwyczajnych, chaotycznych momentach życia odnajduję coś niezwykłego. Nie poddaję się, bo są chwile, które
sprawiają, że wszystko nabiera sensu. Jak wtedy, gdy widzę mojego trzyletniego synka, który w chwili stresu kładzie dłonie na sercu i mówi: „Jestem tu.” Albo gdy koleżanka opowiada mi, że po wspólnym czasie z moimi bajkami jej syn wrócił ze szkoły zdenerwowany, zatrzymał się, wziął głęboki oddech i powiedział: „Czekaj, mama, wezmę wdech i wydech i zapytam siebie, co mi jest.”To są momenty, dla których tworzę. To one przypominają mi, że moje słowa mają moc, że moje bajki naprawdę wspomagają dzieci w rozumieniu kontaktu z własnym ciałem, emocjami i oddechem. To one dają mi siłę, by pisać nawet wtedy, gdy zmęczenie i codzienny chaos próbują mnie przytłoczyć. Każda z tych chwil jest potwierdzeniem, że warto nie odkładać siebie na później, że warto tworzyć w chaosie, że warto być przykładem odwagi i obecności. Bo te małe gesty dzieci , położenie rąk na sercu, zatrzymanie oddechu, pytanie siebie co czuję?, są początkiem ich własnej siły, poczucia bezpieczeństwa i wolności w świecie. I właśnie dla tych chwil, dla tej przemiany, dla tej magii codzienności, tworzę każdego dnia.
Wspominasz, że Twoją misją jest przywracanie dzieciom poczucia wewnętrznej wolności. Jak rozumiesz tę wolność i co Twoim zdaniem najbardziej ją dziś dzieciom odbiera?
Wolność dla mnie nie jest tylko brakiem ograniczeń zewnętrznych. To głębokie poczucie, że możesz być sobą, z całym swoim tempem, emocjami, potrzebami, marzeniami. To świadomość, że Twoje ciało, Twój oddech i Twoje serce są Twoim pierwszym miejscem bezpieczeństwa, w którym nic nie trzeba udawać, na nic nie trzeba zasługiwać. To prawo do bycia widzianym, wysłuchanym i widzianym takim, jakim się jest.
Dzieci często tracą tę wolność, zanim zdążą ją w pełni odkryć. Odbierają ją presja wyników, porównania, pośpiech, obowiązki, świat, który goni i mówi: „bądź szybki, bądź doskonały, nie okazuj słabości”. Często też odbierają ją dorośli, którzy, z całym swoim zmęczeniem i obowiązkami, nie pokazują dzieciom, że życie można prowadzić w prawdzie i z uważnością. Bo dziecko uczy się poprzez obserwację. Widzi, że mama zawsze się poświęca, że nie może powiedzieć jest mi ciężko, że musi być uśmiechnięta i dobrze wychowana. Dziewczynki uczą się, że rola mamy to jedyna rola i że nie trzeba stawiać siebie na pierwszym miejscu, a chłopcy uczą się, że mama może zawsze się poświęcać, a jej emocje nie mają znaczenia. Dlatego tak ważne jest, aby dorośli byli świadomi swojej własnej wolności i swoich emocji. Kiedy mama potrafi się zatrzymać, spojrzeć w siebie, nazwać swoje uczucia, pozwolić sobie na oddech i własną przestrzeń, dziecko widzi model życia, w którym można być prawdziwym, w którym emocje mają znaczenie, w którym nie trzeba nosić masek, by być widzianym. Przywracanie dzieciom wolności to nie tylko pokazanie im technik oddechu czy uważności, to dawanie im prawa do życia w
zgodzie ze sobą, pokazywanie, że ich ciało i ich emocje są cenne, że mogą mówić do siebie, pytać siebie i słuchać swojego serca. To przypominanie im, że są całkowicie wystarczające, że nie muszą spełniać oczekiwań innych, by być wartościowe.
Dla mnie wolność dzieci jest święta, bo to w niej rodzi się pewność siebie, odwaga, kreatywność i poczucie własnej wartości, które pozostaje na całe życie. Każde dziecko zasługuje na to, by czuć się jak u siebie, w swoim domu, w swoim ciele, w swoim sercu, w swoim świecie. I to jest moją misja, moim żywym świadectwem: pokazuję dzieciom, że mogą wracać do swojej prawdy i że zawsze mają prawo być sobą.

Twoje książki kierujesz zarówno do dzieci, jak i do mam. Jak widzisz relację między świadomością dorosłych a dobrostanem emocjonalnym dzieci? Od czego – Twoim zdaniem – powinna zacząć mama, która chce wychowywać dziecko w większym spokoju i uważności?
Nie wierzę w wychowywanie dzieci. Wierzę w wychowywanie siebie w obecności dzieci. To może brzmieć mocno kontrowersyjnie, ale prawda jest taka: dziecko nie potrzebuje idealnych metod. Potrzebuje świadomego dorosłego. Dobrostan emocjonalny dziecka zaczyna się w układzie nerwowym mamy. W jej oddechu. W jej napięciu. W jej energii. W tym, czy potrafi powiedzieć jest mi trudno, zamiast udawać, że wszystko jest pod kontrolą. Dziecko żyje w polu emocjonalnym dorosłego. Ono chłonie więcej z ciszy między słowami niż z samych słów. Możemy mówić dzieciom: „Twoje emocje są ważne”, a jednocześnie nie mieć przestrzeni na własne. Możemy czytać im bajki o oddechu, a sami oddychać płytko z napięcia. I dziecko to czuje. Dlatego piszę również do dorosłych. Bo świat dziecka nie zaczyna się w przedszkolu ani w szkole. Zaczyna się w domu. A domem nie są ściany. Domem jest energia dorosłych. Przez lata kobiety uczono, że dobra mama się poświęca. Że jej potrzeby są na końcu. Że zmęczenie jest normą. Że narzekanie to słabość. Że ma być silna, uśmiechnięta, wdzięczna. I wiele z nas założyło tę maskę. Maskę radzę sobie. Ale dziecko nie potrzebuje perfekcyjnej mamy. Potrzebuje prawdziwej.
Powiem coś, co może być niewygodne: dorosły powinien nieść w świat komunikat „kocham siebie najbardziej i stawiam siebie na pierwszym miejscu”. Nie z egoizmu. Z odpowiedzialności. Bo jeśli ja nie jestem dla siebie ważna, jeśli zawsze rezygnuję z siebie, jeśli moje granice są przekraczane ,dziecko uczy się tego samego. Uczy się, że miłość oznacza poświęcenie. Że bycie dobrym oznacza rezygnację z siebie. Że potrzeby innych są ważniejsze niż własne. A ja chcę, żeby dzieci rosły w innej narracji. Chcę, żeby widziały dorosłego, który mówi: „Dbam o siebie.” „Potrzebuję odpoczynku.” „Mam prawo do swoich emocji.” „Nie zgadzam się na to. ”Dziewczynka, która widzi mamę stawiającą siebie w centrum swojego życia, uczy się, że kobieta nie musi znikać, by być kochana. Chłopiec, który widzi mamę dbającą o siebie, uczy się, że kobieta ma głos, granice i wartość. I wtedy dziecko rośnie w poczuciu, że ono też może być dla siebie najważniejsze. Że miłość do siebie nie odbiera miłości innym. Że troska o siebie nie jest egoizmem. Od czego według mnie powinna zacząć mama, która chce wychowywać dziecko w spokoju i poczuciu wartości? Nie od zmieniania dziecka. Od zatrzymania się. Od pytania: „Jak ja się naprawdę czuję?”. Od sprawdzenia, gdzie w ciele nosi napięcie. Od przyznania, że też ma prawo być zmęczona, zagubiona, wrażliwa.
Dzieci nie potrzebują superbohaterek. Potrzebują dorosłych, którzy mają odwagę wracać do siebie. Bo jeśli mama potrafi usiąść, wziąć oddech i powiedzieć: „Dziś jestem przeciążona, potrzebuję chwili”, dziecko uczy się regulacji emocji. Jeśli mama przeprasza za wybuch, dziecko uczy się odpowiedzialności. Jeśli mama realizuje swoją pasję mimo chaosu, dziecko uczy się, że marzenia nie są luksusem.
Świadomość dorosłych to fundament wolności dzieci. Jeśli my nie zmienimy w sobie przekonania, że musimy być idealni, nasze dzieci przejmą ten ciężar. Jeśli my nie nauczymy się kochać siebie, one będą szukać tej miłości w świecie. Dlatego moje książki są mostem. Dla dzieci ,bo przypominają o kontakcie z ciałem i emocjami. Dla dorosłych bo są zaproszeniem do powrotu do siebie. Bo kiedy dorosły zaczyna traktować siebie z czułością, dziecko nie musi już walczyć o uwagę. Ono dorasta w przestrzeni, w której miłość nie jest poświęceniem, lecz świadomym wyborem. I wtedy dom naprawdę staje się bezpieczny. Nie dlatego, że wszystko jest idealne. Ale dlatego, że ktoś w nim odważył się być prawdziwy.
Gdybyś mogła, poprzez jedną myśl lub zdanie, zostawić dzieciom przesłanie na całe życie, co chciałabyś im powiedzieć?
Powiem ci coś, co sama chciałam usłyszeć, kiedy byłam mała. Jesteś cudem już teraz. Nie musisz niczego udowadniać, żeby zasłużyć na miłość. Chcę, żebyś wiedział, wiedziała, że twoja wrażliwość nie jest słabością. Twoje łzy są językiem twojej duszy. Twoja złość mówi, gdzie są twoje granice. Twój strach prosi, żebyś go wysłuchał, wysłuchała. Emocje nie są wrogami, one tylko mówią, czego potrzebujesz. Chcę, żebyś nigdy nie zgubił, nie zgubiła kontaktu ze swoją prawdziwą doskonałością. Nie tą, którą świat chce, żebyś był, była, ale tą żywą, która oddycha, czuje, myli się i wciąż jest wartościowa.
Nie pozwól, żeby świat przekonał cię, że jesteś za bardzo albo za mało. Nie przestawaj słuchać siebie. Twoje ciało jest twoim pierwszym domem, twój oddech jest twoim rytmem, twoje serce jest kompasem, który zawsze wskaże drogę. Nawet jeśli kiedyś zgubisz się w hałasie i w ciemności , a każdy z nas się gubi, pamiętaj, że droga powrotna prowadzi prosto do ciebie.
Jesteś wystarczający, wystarczająca, jesteś ważny, ważna, jesteś potrzebny, potrzebna. Wszystko, czego potrzebujesz, żeby żyć w prawdzie, już w tobie mieszka. Zawsze. Nie pozwól, żeby ktokolwiek powiedział ci, ile jesteś warty, warta. Byłeś cudowny, byłaś cudowna, zanim ktokolwiek cię ocenił. Przyszedłeś na świat kompletny, przyszłaś na świat kompletna. Twoje ciało nie jest projektem do poprawy, to święte miejsce, w którym mieszka życie. Zanim uwierzysz w to, co mówi świat, posłuchaj swojego serca. Zanim zaczniesz się zmieniać, sprawdź, czy naprawdę tego chcesz.
Zanim pomyślisz, że jesteś nie dość, przypomnij sobie, że oddychasz, a oddychając, przypomnij sobie, że jesteś cudem. Twoja doskonałość nie polega na tym, że się nie mylisz. Polega na tym, że jesteś sobą w pełni, prawdziwie, bez maski , i to zawsze wystarcza. A jeśli świat spróbuje ci wmówić coś innego, posłuchaj mojego cichego szeptu w środku: wróć do siebie. Tam jesteś cały, cała. Tam jesteś wolny, wolna. Tam jesteś miłością. Weźcie moje słowa jako most ,prowadzący prosto do was samych, do serca pełnego mądrości, odwagi i miłości. Wystarczy po nim przejść, by przypomnieć sobie: wszystko, czego potrzebujecie, jest już w Was.
Zawsze wracaj do siebie, bo tam jesteś wystarczający, wystarczająca, kochany, kochana i cały, cała. Nie musisz się kurczyć, żeby zmieścić w cudzych oczekiwaniach. Przyszedłeś na świat, przyszłaś na świat, by żyć prawdziwie, by przeżyć swoje życie w pełni. Nawet jeśli zgubisz się w hałasie opinii i porównań, możesz zamknąć oczy, wziąć oddech i wrócić do miejsca, w którym nic nie trzeba udowadniać. Tam, pod warstwą lęku, ocen i historii, zawsze jesteś cudem. Nie poprawiaj siebie, żeby zasłużyć na miłość. Jesteś nią od początku. Niech to będzie twój cichy głos, twój wewnętrzny przewodnik, silniejszy niż wszystko, co powie świat. Twoja obecność jest darem, twoje życie jest cudem. Zanim uwierzysz, że musisz się zmienić, przypomnij sobie: przyszedłeś, przyszłaś tu jako cud. Twoje serce nie popełniło błędu, wybierając właśnie Ciebie. I nic, absolutnie nic, nie odbiera ci tej pierwotnej doskonałości.
A gdyby miało to wybrzmieć w najprostszym zdaniu, które zostanie na zawsze:
Bądź sobą. Zawsze. W tym tkwi twoja moc, twoja wolność i twoja miłość, a wszystko, czego potrzebujesz, by być szczęśliwym, jest już w Tobie. Jesteś doskonały, doskonała dokładnie taki jaki jesteś, dokładnie taka jaka jesteś. Nie zapominaj nigdy kim naprawdę jesteś.
Rozmawiała: Ilona Adamska


