Znamy to powiedzenie, że nie ma głupich pytań… Jednak pytania mogą być tak sformułowane, że stają się, zamierzonym lub nie, hejtem. Jak to możliwe?
Kiedy chodziłam do szkoły podstawowej z siostrą bliźniaczką, zadawano nam pytanie: czy nie przeszkadza nam to, że z powodu naszego podobieństwa nie można nas odróżnić? Mogłyśmy – rzecz jasna – ubierać się i czesać inaczej, ale tego nie robiłyśmy. Wiedzione instynktem, niechęcią do wybierania ubrań, co uważałyśmy za mało istotne, do lat osiemnastu ubierałyśmy się prawie identycznie. Ludzie nas mylili, ale nie wszyscy. Były takie osoby, które bezbłędnie poznawały, która to która. A pozostałym było wszystko jedno, z którą z nas rozmawiają. Uważali, że będąc podobne fizycznie i ubrane tak samo, jesteśmy takie same. To trochę idiotyczne założenie? Pewnie. Ale to zupełnie inna historia.
Wtedy pytania o to, czy nam nie przeszkadza podobieństwo albo dlaczego (a może jednak) nie udajemy jedna drugiej?, mnie wydawały się zabawne, a siostrze nieprzyjemne. Wiele razy oburzała się na nie i była smutna. Dzisiaj powiedziałabym, że siostra odbierała te pytania jako hejt. Dla mnie zaś najgorsza była ignorancja – niezauważanie, że wewnętrznie jesteśmy całkiem innymi osobami. Czy ignorowanie jest hejtem? Może czasem. Przypuszczam, że wtedy tak nie było. Koledzy po prostu nie zastanawiali się nad tym. A mnie to irytowało. Ale – nawet dzisiaj nie do końca wiem dlaczego – nie powiedziałam nikomu, że mi się to nie podoba…
W liceum już nie zadawano nam takich pytań, za to pojawiło się inne, znacznie mniej sympatyczne – moją siostrę pytano, nie ze złośliwości, raczej z ciekawością podszytą czymś jeszcze, może nawet współczuciem, jak znosi mój rzekomy geniusz. „Czy nie czujesz się źle, że twoja siostra jest taka genialna?”. Wyjaśnię tutaj, że nie byłam i nie jestem genialna. Obie byłyśmy tzw. dobrymi uczennicami, nie dlatego że chciałyśmy mieć piątki, lecz dlatego że kierowałyśmy się poczuciem obowiązku (to ciekawa, ale też inna historia). Po prostu łatwiej mi przychodziło wypowiadanie się na forum klasy. Siostra nie lubiła tego robić. No i częściej się uśmiechałam – więc ludzie zakładali, dość niedorzecznie, że jestem bystrzejsza. Och, to pytanie o mój niby geniusz było zmorą dla nas obu. Ja zamartwiałam się, że rani siostrę, a ona że mnie smuci… To nie był hejt, bo nie było w tym intencji zranienia, ale pewne cechy hejtu można podobnym pytaniom przypisać.
Po jakimś czasie nauczyłam się i przekonałam do tego siostrę, aby nie odpowiadać i nie reagować na to pytanie. Ale czasem siostra odpowiadała coś w stylu: „Nie, nie czuję się źle, cieszę się, że to moja siostra jest genialna. Czy wiesz, jak trudno znieść idiotów wokół, gdy jest się geniuszem?”.
Do dzisiaj uważam jej odpowiedź za genialną i zabawną, choć złośliwą..
Najgorsze było jednak sugerowanie nam przez dorosłych, że to „dziwne”, iż otrzymujemy takie dobre oceny, chociaż nasi rodzice są „niewykształceni”, albo retoryczne pytania, czy „musimy ciągle zakuwać”, „starać się o lepsze oceny” i „ podlizywać się”, żeby mieć te piątki? To było okropne, tym bardziej że dotykało naszego wewnętrznego przekonania, że podlizywanie się jest moralnie złe, a zakuwanie to głupota. Byłyśmy raczej jak na dobre uczennice dość trudne. A już stwierdzenia, że to niespotykane, aby tacy rodzice jak nasi mieli takie „mądre” córki, uważałyśmy obie z siostrą za niesprawiedliwe i oburzające. To był hejt! I bardzo nas smuciło, że dorośli takie rzeczy mówili całkiem serio. Moja siostra nawet płakała z tego powodu.
Kiedy poszłam na studia, siostra została w domu. Pracowała i studiowała zaocznie. Opowiadała mi o tym, jakie ludzie wymyślali na jej temat niestworzone historie. I pytali na przykład, czy pójdzie do zakonu?, bo chodzi często do kościoła i „ubiera się jak zakonnica”, albo czy coś ją łączy z księdzem? (bo chodzi często do kościoła), lub czy coś z nią nie tak? (bo nie ma chłopaka i nie chodzi na dyskotekę, a do tego, o zgrozo!, opiekuje się niepełnosprawnymi osobami). Kiedy skończyłam studia, sugerowano z kolei mamie, że na pewno ją oszukuję. Czemu nie pokazałam dyplomu?, pewnie go nie dostałam, bo coś „dziwnego” robiłam na studiach. To było nawet zabawne… Ale nie dla mamy. Nie nazywała tego hejtem, nie znałyśmy takiego słowa. Mimo to jej reakcje – smutek, zdenerwowanie, niechęć do komentowania tych dziwnych sugestii, a także spoglądanie na mnie i siostrę z niepokojem – były typowe, jak dzisiaj wiem, dla ofiar hejtu.
Nikt może głośno nie krzyczał, nie pokazywał nas palcem, ale od dzieciństwa o nas plotkowano i często zadawano rodzicom dziwne pytania. Wyróżniałyśmy się – nie tylko bliźniaczym podobieństwem, ale też spokojem i dobrymi ocenami, i tą bystrością, nierzadką u młodych dziewcząt, czytających dużo książek. A to niektórym osobom się nie podobało. Dodając naszą wstrzemięźliwość, jeśli chodzi o uczestnictwo w grupach rówieśniczych, mamy gotowy opis osób, które nadają się do nękania. Ale… poza opisanymi incydentami tak się nie działo. Może dlatego, że byłyśmy raczej obojętne na czyjeś opinie, a nawet jak nas coś zdenerwowało, to i tak zachowywałyśmy spokój wobec rozmówców (zwłaszcza ja, co uspokajało też siostrę). Poza tym byłyśmy dość stanowcze i wzajemnie się wspierałyśmy. I to wystarczało, aby ucinać wszelkie próby hejtu. A może dałyśmy się lubić? I nie było aż tylu hejterów wokół nas? Chcę w to wierzyć.
Jak pisałam, siostra częściej się smuciła lub złościła z powodu niemiłych, obraźliwych pseudo-pytań – była znacznie wrażliwsza ode mnie i nie mogła pojąć, dlaczego ludzie tak wstrętnie się zachowują. A ja już wtedy wiedziałam (dzisiaj psycholodzy nazywają to głębszym wglądem lub postrzeganiem), że ludzie mówią okropne rzeczy o innych i do innych, bo się boją, czują się ze sobą źle i bywa, że ich też ktoś krzywdzi. To nie było żadne usprawiedliwienie. To było zrozumienie.
W moim dorosłym życiu też pojawiali się hejterzy (często o cechach narcystycznych) – próbujący mnie poniżyć, obgadać, zniechęcić do mnie innych, ale były to krótkie epizody. Najczęściej nie reagowałam, jeśli ktoś plótł bez sensu, ale nie stanowiło to ryzyka, że stanie mi się większa krzywda. Czasem kończyłam relacje – gdy ktoś mnie hejtował, sugerując, że coś ze mną nie tak, albo wbijając mi szpilki przy każdym spotkaniu. Niekiedy sytuacja – w środowisku zawodowym – wymagała konfrontacji, po której hejter przestawał publicznie rozsiewać plotki, a co mówił do swoich psiapsiółek, to mnie nie interesowało. Na przykład – jak na ironię – o mnie, osobie, która nie pali, prawie nie pije alkoholu, a także nie używa żadnych innych środków psychoaktywnych – jedna z hejterek opowiadała, jak to upijam się codziennie! To już było trochę za dużo – więc nasi wspólni znajomi zainterweniowali. I tak się o tym dowiedziałam i wyjaśniłam sprawę w zainteresowanym gronie z udziałem „życzliwej znajomej”. Podziałało. Innym razem jedna z pań ze mną współpracująca wytykała za moimi plecami każdy najdrobniejszy błąd lub przegapienie – byłam wówczas korektorką czasopisma – literówki, przecinka, kropki. Nie mogła znaleźć nic większego, może coś by się znalazło zresztą, ale ona tego nie widziała. Mimo to i tak wszystkim opowiadała, jak kiepsko redaguję. To bardzo mnie denerwowało – po raz kolejny skonfrontowałam jej słowa z faktami. I gadanie się skończyło, ale dotąd nie jestem pewna, czy nie straciłam przez te jej „szepty” jakichś potencjalnych klientów-zleceniodawców. Był też przypadek, że nie wiedziałam, co począć, bo relacja była trudna, a ja dawałam się manipulować i współczułam robiącej z siebie ofiarę innych ludzi osobie, a ona mnie wykorzystywała. Ale po kilku latach zdołałam zakończyć tę znajomość – i odetchnęłam z ulgą.
Spora fala hejtu spadła na mnie, gdy zajęłam się fitnessem. Z osoby mało aktywnej fizycznie stałam się instruktorką aerobiku, nordic walking, a potem slow joggingu i innych dyscyplin. Nadal pracowałam jako korektorka i redaktorka, ale dodałam do tego prowadzenie zajęć ruchowych. Kiedy założyłam Fundację Trzy Kroki i zaczęłam czasem (naprawdę czasem!) pojawiać się w mediach, ludzie – obok miłych – pisali też brzydkie rzeczy. Dotyczyło to m.in. mojego wyglądu i tego, jak prezentuję się na ekranie (nikt nie napisał, że dukam czy się zacinam, hi, hi). Tak, mam nadwagę, i tak, nie mogę sobie z nią poradzić, ale nie! – nie jestem „grubą świnią udającą trenerkę”. Jestem zdyscyplinowana i całkiem dobra jako instruktor. Lubię bowiem ćwiczenia, które ludziom proponuję. I lubię ludzi. Pewnie niektórym trudno się pogodzić z tym, że redaktorka z książką pod pachą nagle prowadzi też zajęcia fitness. Pewnie niektórych coś trafia, gdy zobaczą mnie w telewizji lub usłyszą w radiu – ale to tylko pięciominutowe błyski. Nie jest to nic dużego, a mimo to ludzi uwiera. Piszą więc wtedy, że kiepsko wyglądałam – grubo, staro – albo że miałam koszmarny makijaż… albo mówiłam frazesy, czyli takie typowe zjadliwe teksty. Jeden pan nawet napisał do mnie kiedyś: „dlaczego panią tak zapraszają do tych mediów?, przecież pani jest nudziarą”. Jak uroczo!
Nie – naprawdę się nie przejmuję takimi uwagami. Czasem są nawet zabawne, choć martwi mnie, że jeśli taki hejter trafiłby na osobę głęboko wrażliwą, mniej doświadczoną, to mocno by ją to zabolało. Jasne, po pierwszych takich „opiniach” byłam zasmucona, ale zaraz sobie uświadomiłam to, o czym w kampanii „Nie hejtuję – motywuję” Ilony Adamskiej ciągle się mówi i pisze – że to nie jest o mnie, lecz o hejterze. O osobie z problemami, której czasem szczerze współczuję, choć jej nie lubię.
I na koniec kilka słów o komentarzach pod moimi zdjęciami z sesji zdjęciowej. Kilka takich sesji mam za sobą. Dla zabawy, dla ładnych zdjęć. Po niedawnej sesji większość komentarzy była miła, pozytywna, wspierająca, zdarzyła się krytyka – ale konstruktywna. Ale pojawiły się też sugestie, dotyczące rzekomych zmian w moim wyglądzie wykreowanych przez AI czy też jakieś inne programy. Nie były niegrzeczne, raczej żartobliwe, ale kompletnie nieprawdziwe. I to było niekomfortowe dla mnie. Ale też trochę śmieszne, mam w archiwum zdjęcia przed tzw. retuszem i wiedziałam doskonale, że tak właśnie wyglądam w pełnym makijażu. Nic nie było przy nich kombinowane. I napisałam o tym w komentarzu. Jednej bliskiej osobie pokazałam nawet zdjęcie przed i po retuszu, ale potem machnęłam na to ręką. Uznałam, że nadmiernie się tym przejmuję. Niech ludzie piszą o sztucznej inteligencji, przerabianiu twarzy i podobnych bzdurach. Jeśli o mnie chodzi, to czy w kreacji wieczorowej lub casualowej, w stroju sportowym czy kostiumie kąpielowym, w profesjonalnym makijażu lub całkiem bez – jestem sobą. I lubię siebie. A ostatnio – po raz pierwszy w życiu – zaczęłam malować rzęsy. W zasadzie raczej for fun niż tylko dla poprawienia wyglądu. Aha – i świadomie użyłam zwrotu w języku angielskim! Dla zabawy zresztą.

Mariola Będkowska
Przedsiębiorczyni, prezeska Fundacji Trzy Kroki, organizatorka programów rekreacyjnych i spotkań dla kobiet i mężczyzn, redaktorka i korektorka, polonistka, filozof i etyk. Trener nordic walking, instruktor fitness, masażystka. Od czasu do czasu wykładowca i felietonistka. Autorka książeczki „Ćwiczenia dla każdego”. Współautorka i redaktorka kilku publikacji pod red. Ilony Adamskiej. Autorka opowiadań z gatunku romans fantasy pt. „Nieziemska miłość”.
***
Tekst pochodzi z książki Hejt bez filtra, która dostępna jest na stronie ikmag.pl/sklep.



