Joanna Red: Historia o kobiecie, która się nie poddała

Date:

Share post:

Pragnę, aby każdy miał w życiu szansę na to, aby żyć życiem swo­ich marzeń – tak, jak ja dziś to robię. Choć wiele razy myślałam, że to już jest koniec, wstawałam i szłam dalej. Nazywam się Joanna Red (Redełkiewicz) i moją misją jest pro­wadzenie ludzi do ich wewnętrznej Mocy.

Gdy patrzę na moje życie z perspektywy czasu, to, co się wydarzy­ło, wydaje się nierealne. Widzę kobietę, która była zamknięta w naj­mniejszym pokoju, nie większym od toalety w typowym angielskim mieszkaniu. Leży na łóżku, ma czwórkę dzieci; opiekuje się nimi i sobą, bo przecież sama sobą też musi się zaopiekować. Jest w de­presji, aż trudno opisać, w jak zaawansowanym stadium.

Trzy miesiące wcześniej dowiedziałam się, że mój tata ma bardzo wysoką gorączkę i zabrałam go do szpitala. W szpitalu usłyszałam, że ma raka i zostały mu właśnie trzy miesiące życia. Nie znaleźli tłuma­cza, więc sama musiałam przekazać te informacje tacie.

Mój tata – artysta rzeźbiarz, malarz, poeta… wtedy zaczął mówić swoje wiersze. Cały czas miał wysoką gorączkę. Na chwilę przed śmiercią, gdy wyrecytował jeden z nich, poprosił, żebym wypaliła go wypalarką i umieściła na jego urnie, którą sama miałam zbudować. Był bardzo świadomym człowiekiem. Teraz rozumiem, o czym mó­wił do mnie, gdy byłam mała, ale musiały minąć cale lata…

Od diagnozy minęły trzy miesiące i rzeczywiście mój ojciec zmarł. Na chwilę przed jego śmiercią weszłam do jego pokoju, a on powie­dział, że jestem w ciąży. Gdy zaprzeczyłam, wezwał pielęgniarki i ka­zał im mnie zbadać; powiedział, że źle wyglądam. Nie wiem dlacze­go, ale pielęgniarki go posłuchały. Zbadano mnie i okazało się, że ojciec miał rację – byłam w wysokiej ciąży, która zagrażała mojemu życiu, i trzeba było usunąć dziecko – maleńką Basię.

Kilka dni potem mój tata już nie żył. Zanim to się wydarzyło, powie­działam mu, że otworzę studio tatuażu, o którym zawsze marzyłam. Trzeba było zająć się pogrzebem. Dzieci wpadły w depresję, moja mama… jej świat się skończył. Dzień po pogrzebie musiałam jechać do szpitala na aborcję. Zawiozła mnie tam przyjaciółka; mąż tego nie zrobił, bo ode mnie odszedł. Po śmierci ojca po prostu odszedł.

Nie wytrzymałam tego wszystkiego. Dostałam wtedy psychotropy i jedyne, co mogłam robić, to leżeć. A domem zajmowała się moja córka. Przejęła wszystkie moje obowiązki oraz opiekę nad rodzeń­stwem. A ja nie mogłam wstać z łóżka. Nasza rodzina pogrążyła się w mroku.

Okazało się, że podczas aborcji coś poszło nie tak. Mój brzuch zaczął robić się czarny, a ja byłam coraz słabsza. Pamiętam moment, że coś mnie tknęło, by pojechać do syna do pracy i się z nim pożegnać. Pa­miętam, gdy siedziałam w galerii i czułam, jak życie ze mnie ucieka. Zdołałam zadzwonić po karetkę. Okazało się, że krew wylewała mi się do brzucha. Pielęgniarki nie mogły pobrać mi krwi. Pamiętam panikę w szpitalu.

Pamiętam również moment, gdy chwilę wcześniej medytowałam i stwierdziłam, że tym razem też to zrobię. Wyobraziłam sobie czer­woną rzekę, która płynie moimi żyłami. W rezultacie udało się pielę­gniarkom pobrać krew, żeby ustalić, jaką grupę krwi mi przetoczyć.

Lekarze uratowali mi życie. Ale skończyło się to kolejnymi miesią­cami leżenia w łóżku. Miałam pocięty cały brzuch. Nie wstawałam z łóżka, nawet do toalety. Nadal wszystkie obowiązki były na ramio­nach moich dzieci.

Moja mama była w depresji, a w dodatku odsunęła się ode mnie. Nikt nie mógł nam pomóc. Przed śmiercią mojego ojca trochę tatu­owałam. Zapomniałam o tym, że niektórzy klienci wciąż czekają, aż poczuję się lepiej, bo zobowiązałam się dokończyć ich tatuaże.

Pewnego dnia ktoś zapukał do moich drzwi, ale ich nie otworzyłam. Nie otwierałam wtedy nikomu. Na moich ścianach wisiały kartki z afirmacjami: żyję, jestem kobietą, jestem matką, wstań, ubierz się, jedz. Okazało się, że muszę doznać jeszcze gorszego upokorzenia, żeby być tym, kim jestem dzisiaj. Ten człowiek zapukał do moich drzwi, a ja mu ich nie otworzyłam. Chwilę później usłyszałam me­talową klapkę na listy uderzającą o drzwi. Jedno z dzieci przyniosło mi kartkę, na której było napisane: „Nie otworzyłaś mi drzwi, teraz cię, kurwa, zniszczę. Zobaczysz, co się stanie.” Przespałam całą noc, trzymając tę kartkę w ręku. Przysypiałam wtedy większość dni, taki był efekt uboczny leków, które brałam.

Stało się coś niewyobrażalnego – na Facebooku, na wszystkich moż­liwych grupach społecznościowych: Polacy w Anglii, Polacy w Der­by, Polacy w Nottingham, Birmingham itd., ludzie dyskutowali na temat tego, czy jestem pedofilką, prostytutką, złodziejką, upublicz­niając i udostępniając moje prywatne zdjęcia. Zdjęcia, które sama wrzuciłam na Facebook, tak jak robimy to wszyscy. Nie spodziewa­łam się jednak, że Polacy posuną się tak daleko i zrobią mi publiczny lincz, wcale mnie nie znając.

I mimo że moi znajomi i przyjaciele pisali broniące mnie komenta­rze oraz do administratorów z prośbami o interwencję – hejt wte­dy jeszcze był legalny, nikt nie miał obowiązku tego usuwać. Więc to, co o mnie mówili ludzie, widziała cała moja rodzina, również ta w Polsce, moi znajomi, wszyscy w Derby. Tego upokorzenia nie da się opisać słowami.

Dlaczego nazwali mnie pedofilką? Dlatego że miałam o 15 lat młod­szego męża, z którym spędziłam dziesięć cudownych lat. To był bar­dzo dobry człowiek. Hejt doprowadził do tego, że już w ogóle nie wychodziłam z domu. Gdy musiałam pójść na zakupy, słysząc język polski, prawie mdlałam i uciekałam. Wybiegałam ze sklepu, bałam się jakiejkolwiek konfrontacji. Co jest ciekawe – trwa to do dzisiaj. Ten koszmar trwa już jedenaście lat, ale ja obracam to w swoją siłę, staję w obronie osób, które również są hejtowane, walczę o nie, a cza­sem za nie.

Minęło też jedenaście lat, odkąd zaczęłam terapię, a dziś opowiadam publicznie, przed widownią o byciu sobą, o odwadze i prowadzę lu­dzi, szczególnie kobiety. Równocześnie przychodzi do mnie bardzo wielu mężczyzn, bo widzą we mnie coś, czego ja jeszcze nadal często nie chcę widzieć. Zdaję sobie sprawę, jaką cenę za to zapłaciłam.

Przez te jedenaście lat nie opowiadałam swojej historii, bo nie chcia­łam, żeby kojarzono mnie tylko z hejtem. Nie chciałam, żeby stało się to moją tożsamością. Nie chciałam budować siebie, swojego ży­cia i marki na roli ofiary. Może podświadomie wiedziałam, że trzeba stanąć w swojej sile i w końcu odbić się od dna. Myślę, że mam taki schemat przetrwania. Joanna to siłaczka. Uniosę więcej niż wszyscy dookoła.

Przez wiele lat zasypywano mnie niewyobrażalnym hejtem, prywat­nymi wiadomościami i publicznymi oszczerstwami. Wtedy jeszcze było to legalne. W niedługim czasie Nottingham (jestem z Derby, które jest bardzo blisko Nottingham) jako pierwsze miasto ustano­wiło, że nie wolno hejtować w internecie, nie wolno wystawiać niena­wistnych komentarzy, bo bardzo dużo ludzi zaczęło popełniać samo­bójstwa z tego powodu. Może gdyby takie prawo ustalono wcześniej, ominęłyby mnie lata poniżania, hejtu i lęku.

Uświadomiłam sobie ostatnio, że ludzie bardzo lubią odciągać uwa­gę od siebie i swoich spraw. Oceniają innych na podstawie wyglądu oraz tego, co usłyszą. Mają w sobie bardzo dużo jadu i zawiści. Wy­obraźcie sobie osobę, która została opisana na wszystkich możliwych portalach w całej Anglii. Kobietę, która tak wiele straciła w bardzo krótkim czasie. Straciłam ojca, córkę Basię, relację z dziećmi i mat­ką, która też była w depresji. Odszedł ode mnie mąż. Wciąż miałam czwórkę dzieci, które widziały to, czego nie powinny widzieć.

Nie płaciłam rachunków, nie chodziłam do pracy, bo w niedługim czasie miałam kolejną operację. Moje mięśnie brzucha były tak po­przecinane, że na wiele miesięcy zostałam unieruchomiona. Doszło do tego, że zadłużyłam dom i groziła mi sprawa w sądzie o eksmisję.

To był moment, w którym uznałam, że już nie mam wielu możliwo­ści, że moje życie się skończyło i że wszystkie marzenia tej nastolat­ki, tej dziewczyny, tej kobiety, która myślała, że będzie miała dom, rodzinę, dzieci i że wszystko będzie w porządku – po prostu się nie spełniły. Myślałam, że moje życie się skończyło i że nie dostanę już kolejnej szansy.

I wtedy zapukał do moich drzwi znajomy i powiedział: „Słuchaj, w Derby jest mały lokal do wynajęcia. Wynajmiesz go, pomogę ci go wyremontować i otworzysz studio tatuażu, o którym mówiłaś”. Tylko że ja wtedy nie miałam żadnych pieniędzy. Bałam się ludzi, bałam się wyjść z domu, więc jak miałam to zrobić? Gdy przedsta­wiłam ten pomysł kilku znajomym, każdy z nich powiedział mi, że jestem co najmniej nienormalna. Tylko kilka bardzo bliskich osób mnie wsparło: „Aśka, rób to, idź po swoje”.

Założyłam na Facebooku profil, na którym opisałam swoją histo­rię. Powiedziałam, że nie jestem w stanie fizycznie pracować, że mam talent, że nie wiem jak, ale chciałabym otworzyć to studio, żeby móc utrzymać dom i wychować moje dzieci, i że potrzebu­ję pieniędzy na start. W trzy godziny uzbierałam taką kwotę, że mogłam wpłacić depozyt i kupić najtańsze farby oraz tapety na remont. Ludzie zewsząd przywieźli mi meble i przeróżne sprzęty, żebym mogła otworzyć to studio. Kobieta z urzędu, która przyszła podbić zgodę na otwarcie lokalu, gdy usłyszała moją historię, pła­kała razem ze mną. Wiedziała, ile mnie to kosztowało i w jak waż­nym momencie życia jestem.

Miałam kontrole z różnych urzędowych komisji, które sprawdzały, czy na pewno mieszkam tu sama i czy nie mam partnera. Zastana­wiano się, jak to możliwe, że bez partnera otworzyłam własne studio. Znajomi, sąsiedzi i ludzie z otoczenia musieli pisać listy, w których potwierdzali, że nikt mnie tutaj nie odwiedza, że mieszkam sama i że dałam radę sama. Dzięki temu rozłożono mój dług na raty.

Otwierając studio, zdawałam sobie sprawę, że od razu muszę wejść na angielski rynek, bo Polacy już mnie zniszczyli i wiedziałam, że do mnie nie przyjdą. Dla nich byłam chodzącym wstydem i partaczem. Zebrało się kilka osób, które chciały u mnie pracować i uwierzyły w moją wizję. To był również czas, kiedy zaczęłam regularnie jeździć na ustawienia systemowe, byłam w terapii, robiłam kursy podnoszą­ce moje kompetencje. To był czas intensywnej pracy nad sobą i przy­ciągania naprawdę niesamowitych ludzi.

Robiłam remonty, bo w tym budynku cały czas trzeba było coś na­prawiać; był stary, miał 30 metrów kwadratowych. Wiedziałam, że za chwilę zacznę w nim zarabiać na życie. Nie przyszło mi do głowy, że trzy lata później będę zarabiać ogromne pieniądze, a moje życie zmieni się całkowicie.

Trzy lata po otwarciu zmieniłam lokal i otworzyłam największe stu­dio w Derby, które mieściło się na 100 metrach kwadratowych. Za­trudniałam dziewięć osób. Przyjeżdżało do mnie wielu utalentowa­nych tatuażystów. Pracowałam z Polakami i Anglikami. Ale Polacy stanowili tylko 10% naszych klientów.

Dziękuję tym, którzy do mnie przyszli, zaufali mi i zaczęli patrzeć na mnie jak na Joannę, człowieka i kobietę z pasją i talentem. Z oso­by, która nie miała nic, stałam się bardzo bogatym człowiekiem. Zmieniłam się też wewnętrznie, miałam bardzo dużo do powiedze­nia. Pokazałam swoją siłę i odwagę, otrzymałam szacunek, byłam podziwiana.

W międzyczasie uczyłam się ustawień systemowych. Zauważyłam, że moi klienci na łóżku tatuażowym opowiadali mi swoje historie i przychodzili do mnie dla mnie. Tatuaż był przykrywką – oni chcieli ze mną rozmawiać. Czuli, że mogą podzielić się swoimi historiami.

Moje ciało nie dawało jednak rady wykonywać tak wielu tatuaży, na­rzuciłam sobie bowiem bardzo wysokie tempo. Byłam pracoholicz­ką, pieniądze mnie zmieniły i poczułam, że znowu przychodzi czas na dużą zmianę. W 2019 roku, zakuła mnie nerka i ponownie zaczę­ły się moje problemy zdrowotne. Ręce zaczęły mi odmawiać posłu­szeństwa. Głowa przestała poprawnie działać. Kilka razy uratowano mi życie i musiałam nosić przy sobie epipen z adrenaliną, bo nigdy nie było wiadomo, kiedy będę miała kolejny atak i będę musiała go użyć, żeby przeżyć.

Mój układ nerwowy po raz kolejny powiedział, że nie ma już siły. Mąż, gdy zobaczył, że stanęłam na nogi, wrócił i przyłączył się do mojego życia. Później znów odszedł, a ja zamknęłam firmę. Postano­wiłam zmienić swoje życie i zacząć wspierać innych w ich drodze do siebie, swojego spełnionego życia. Do stawania w swojej Mocy. Już wtedy byłam po jednej szkole ustawień systemowych oraz po wielu kursach i latach terapii. Zamknęłam studio tatuażu, które prowadzi­łam przez osiem lat. Dokładnie trzy lata temu, 1 lutego, dwa tygodnie później znalazłam się w Warszawie na kursie Joe Dispenzy, a dwa miesiące później w Peru na mojej pierwszej ceremonii ayahuaski.

Wytatuowaliśmy tysiące osób. Pracowałam z tysiącami ludzi, którzy przychodzili do nas dzięki pięknym rekomendacjom. Z ogromną wdzięcznością zamknęłam to studio. Mimo że moje tatuaże pozosta­ły na moim ciele, ja już byłam zupełnie innym człowiekiem.

Trzy lata temu postanowiłam, że zacznę organizować warsztaty dla ludzi, że będę pracować w zawodzie, który kocham, który zawsze był moją pasją. I okazało się, że tę pasję w dużej mierze zaszczepił we mnie mój tata. Był bardzo świadomym człowiekiem i dopiero teraz rozumiem rzeczy, o których mi opowiadał, gdy byłam młodsza.

Trzy lata temu, w marcu, ogłosiłam, że zorganizuję warsztat w moim ogrodzie. Przyjechało 27 osób. Nie miałam pojęcia, jak to było moż­liwe. Zaczęłam robić warsztaty co miesiąc. Problem polegał na tym, że uwierzyłam, iż za wsparcie w duchowym rozwoju ludzie nie po­winni mi płacić. Chcieli przyjeżdżać i tworzyć community, ale za półdarmo, a ja z bardzo bogatej osoby znowu stałam się bardzo bied­na. Znowu nie miałam pieniędzy na czynsz ani na opłaty. Mój dom niszczał.

Zaczęłam rozumieć pewną dynamikę. Bez względu na to, czy jesteśmy w duchowości, w rozwoju osobistym, jakkolwiek to nazwiemy – oni, my, Matrix, 3D, 5D – zawsze mamy do czynienia z drugim człowie­kiem. Ale to nie znaczy, że ktoś jest świadomy tego, jak być wrażliwym na obecność drugiej osoby. To była moja największa lekcja.

Za brak uważności i troski o siebie zapłaciłam guzami w piersi… nie poszłam jednak na operację. Medytowałam, zmieniłam dietę, byłam w Peru na ceremonii Aya… wybaczałam i prosiłam o wybaczenie. Guzy znikły, a ja zadbałam o swoją kobiecość. Już nie muszę być wal­czącą amazonką – z wyciętą piersią i łukiem.

Po dwóch latach życia w biedzie i ponownego doprowadzenia się do sytuacji, w której kolejny raz groziła mi sprawa sądowa za niepłace­nie rachunków, coś bardzo wyraźnie zrozumiałam. Ludzie z rozwoju duchowego spędzali u mnie cały weekend, korzystali z moich darów, byli w moim domu, a jednocześnie negocjowali ze mną cenę pięć­dziesięciu funtów za weekend.

Wiem jednak, że musieli mnie tak docisnąć, żebym znowu stanęła w poczuciu własnej wartości, pewności siebie i odpowiedzialności. Rok temu, w grudniu 2024, powiedziałam sobie, że będę zarabiać tyle, ile zarabiałam w studiu tatuażu. Że wrócę do godnego życia. Że nie będę się już zastanawiać, czy mam na chleb, na czynsz i czy mogę kupić synowi buty.

Nie pojechałam wtedy na sylwestra, bo stwierdziłam, że od 1 stycznia będę otrzymywać świetne oferty współpracy, więc muszę być przy­tomna i wyspana. I tak się zaczęło. Dokładnie tak, jak powiedziałam – wszystko zaczęło się wydarzać. W 2025 roku zrobiłam 36 warsztatów, poprowadziłam 150 sesji online, stworzyłam mnóstwo kursów i webi­narów. Jeździłam po całej Anglii i po świecie ze swoimi warsztatami. Pracowałam przy Pol’and’Rock PSP oraz przy wielu dużych projek­tach. Występowałam na scenach obok Gosi Ohme czy Kasi Miller.

Najbardziej zaskoczyło mnie to, że gdy zaczęłam prowadzić warszta­ty rozwoju osobistego w Anglii, byłam traktowana jak mała dziew­czynka, niedojrzała kobieta, a nie jak kobieta, która coś wie i która wychodzi do ludzi ze swoją mocą.

Zaskoczył mnie też świat, do którego weszłam – kolorowy, piękny, wyznaczający trendy. Musisz mieć pióra, długą suknię, musisz jakoś wyglądać. Okazało się, że ja tam nie przynależę. Nie przynależę ze względu na moje warkoczyki, kolorowe włosy i tatuaże. Usłyszałam, że jestem „nieprzerobiona”, że mam jeszcze dużo do zrobienia, że jestem agresywna i że ludzie się mnie boją.

Gdy po wielu latach wyszłam z mojego tatuażowego świata, do któ­rego przecież przynależałam, w którym wyglądałam jak ludzie, któ­rzy mnie kochali i utożsamiali się ze mną, nagle znalazłam się wśród osób mówiących o miłości, a znowu wylała się na mnie fala hejtu.

Najbardziej zaskakujące było to, że było to mówione z miłością i tro­ską, a jednocześnie z wytykaniem palcem i mówieniem mi, jak po­winnam wyglądać, jak powinnam się zmienić i jak bardzo inni się mnie boją. To kaleczyło mnie coraz bardziej. Wzbudzało we mnie bunt i niezrozumienie. Zobaczyłam, że znów staję się tą zlęknioną osobą, która z jakiegoś powodu po raz kolejny jest poddawana pu­blicznemu linczowi. Tym razem w białych rękawiczkach – hejt był ubrany w piękne słowa.

Mówiono mi, że muszę coś w sobie uzdrowić, uleczyć, że noszę na sobie ciężkie historie. Zrozumiałam, że nie przynależę ani do jedne­go, ani do drugiego świata i że znów staję się kozłem ofiarnym. Po­szłam więc ponownie na terapię, żeby nie generować takich sytuacji tam, gdzie się pojawiam.

Mówiłam ludziom: „Służę wam”. Jeśli musisz przepracować swój problem z seksualnością – jestem. Jestem bardzo otwarta na kobie­cość, służę tym, które nie mają z nią kontaktu, które nie mają odwagi wyrażać siebie. I doszło do momentu, w którym odechciało mi się służyć. Dlaczego mam wciąż komuś służyć? Ja po prostu chcę być.

W listopadzie, gdy poleciałam do Peru i usiadłam w dżungli, zoba­czyłam ten sam schemat – za każdym razem wpadam w pracoholizm i potrzebuję potwierdzenia ludzi, że jestem już tą właściwą, że można mnie zaakceptować i polubić. Wypłakałam tam wszystkie łzy. Wy­krzyczałam wszystko, co było we mnie – dżungla przyjmie wszystko. Wróciłam z nowym postanowieniem i wizją swojego świata.

Nie walczę już ze światem. Domknęłam jedenaście lat terapii. Moją misją jest dziś wspieranie innych ludzi w ich procesach. Moją misją jest pokazywanie kobietom, że mogą się podnieść i pięknie żyć. Moją osobistą misją jest bycie sobą. Niezależnie od tego, czy komuś się to podoba, czy nie. Jako dobry człowiek, który dba o swoją wewnętrzną higienę, chcę bić brawo tym, którzy się podnieśli, i budować im sce­ny, na których mogą się spełniać.

Nasze życie zaczyna się od decyzji. Podjęłam decyzję, że chcę być, bo jestem i moje istnienie ma znaczenie. I tak długo o tym mówiłam, że ludzie zaczęli to powtarzać. To nabrało ogromnego sensu – nie tylko dla mnie.

Moje istnienie ma znaczenie. Moja historia ma znaczenie. To, jak wyglądam, nie oznacza, jakim jestem człowiekiem. Zaczęłam mówić o tym głośno. Mówić, że jestem hejtowana i że się na to nie zgadzam. Nie pozwolę, aby dorośli ludzie, którzy uważają się za oświeconych, oceniali mnie pod kątem wyglądu, bo robią dokładnie to samo, co młodzi ludzie w szkołach.

Mój syn doświadcza hejtu. Moje dzieci doświadczają hejtu. Wszy­scy wokół doświadczają hejtu, a często nikt tego nie widzi, bo mówi się: „Przecież tylko wyrażam opinię”. Czasem powinniśmy ugryźć się w język. Więcej słuchać, więcej widzieć. Twoja opinia może nie zo­stać odebrana w taki sposób, w jaki chciałaś ją przekazać. Najpierw poznaj człowieka. Zastanów się, czy naprawdę chcesz wypowiedzieć swoją opinię. To nie jest towar. To człowiek z historią – często bardzo bolesną.

Jestem wytatuowaną terapeutką ustawień systemowych. Na prawej skroni mam napis „Braveheart”, na nadgarstku „Freedom”, na twarzy paproć i dłonie w kwiatach. Ukończyłam dwie szkoły ustawień syste­mowych. We wrześniu zaczynam kolejną, bo wierzę, że jeśli coś jest naszą pasją, powinniśmy się w tym rozwijać.

Jestem nauczycielką Vedic Art. Jestem terapeutką Theta Healing. Je­stem coachem NLP i Hipnozy. Nadal czasami tatuuję – dziś moja córka ma własne studio tatuażu. Syn pracuje jako barber i lata po świecie, gdzie milionerzy zamawiają mu prywatne loty, żeby obciął im włosy. Moja młodsza córka podróżuje, szuka siebie. Widzę, jak bardzo jest do mnie podobna. A mój 16-letni syn ma różowe włosy, nosi szerokie spodnie, jeździ na deskorolce i mierzy się z hejtem każ­dego dnia. A ja chodzę do szkoły i walczę razem z nim. Dla niego. Wierzę, że gdybyśmy my, dorośli, się zmienili, dzieci nie wiedziałyby, czym jest hejt, bo hejt wynika z braku miłości.

Wszystko, co robimy przeciwko drugiemu człowiekowi, wynika z braku miłości. Jeśli zaczniemy się kochać, zamiast się bać, świat się zmieni. Młodzi ludzie przestaną się kaleczyć, przestaną odbierać sobie życie. Będą chcieli żyć i stworzą lepszy świat.

Joanna Red

Terapeutka, artystka, autorka i podróżniczka, a także mama czwórki dorosłych dzieci. Łączy nurty psychologii – w tym ustawienia systemowe i NLP – ze światem duchowym, pra­cą z energią oraz channelingiem. Prowadzi ludzi przez mo­menty wewnętrznej zmiany, pracując z ciałem, emocjami i podświadomością. Tworzy i prowadzi warsztaty oraz retre­aty w różnych częściach świata, w tym w Ameryce Południo­wej, współpracując z szamanami w Peru. Prowadzi warsztaty również na festiwalach, m.in. w przestrzeni ASP podczas Po­landRock Festival. Jest malarką – tworzy obrazy intencyjne – oraz założycielką marki AYA Spirit Wear, w ramach której projektuje ubrania i biżuterię niosące znaczenie i energię. Jej praca wyrasta z autentyczności, głębokiej obecności i zaufania do procesu. Jej misją jest przypominanie, że życie może być przestrzenią prawdy, wolności i powrotu do siebie. Jej motto życiowe to: „Moje istnienie ma wielkie znaczenie i Twoje też”.

***

Tekst pochodzi z książki Hejt bez filtra, która dostępna jest na stronie ikmag.pl/sklep.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

bannery-www-336x280_2

Related articles

Czy Sztuczna Inteligencja wie, że istniejesz? Metoda TOP AI. Oli Gościniak to nowy standard budowania marki

Pogoń za zrozumieniem jak działa algorytm mediów i ciągła walka o wysokie wyświetlenia coraz częściej prowadzą do wypalenia...

Badanie: Sam sobie szefem, księgowym i prawnikiem – 98 proc. mikroprzedsiębiorców dostrzega plusy pracy na swoim

Własna firma daje to, czego często pracując na etacie, nie można doświadczyć – swobodę, brak szefa i pełną...

Powrót z urlopu bez stresu? To kwestia organizacji

Powrót z urlopu nie musi oznaczać setek nieprzeczytanych maili, przepełnionego kalendarza i stresu już pierwszego dnia. Jak pokazuje...

Motywacja jest przereklamowana. Często ważniejsze jest otoczenie

Przez lata biznes karmił nas przekonaniem, że sukces zaczyna się od motywacji. Trzeba bardziej chcieć, mocniej wierzyć, wcześniej...